Na dobre by nam wyszło, gdybyśmy przestali używać słowa sprezzatura.

To dźwięczne włoskie słówko zrobiło zawrotną karierę w męskomodowym internecie. Nie ogranicza się tylko do ubrań: to pozorna niedbałość, która ma na celu wywołanie wrażenia, że robi się coś bez najmniejszego wysiłku. Można ją usłyszeć w wypowiedziach sprawnego oratora, którego błyskotliwość robi tym większe wrażenie, im bardziej celne argumenty i eleganckie frazy zdają się być ukute na poczekaniu. Można delektować się nią w grze jazzowego muzyka, który powołuje do życia piękne melodie i zaskakujące harmonie jak gdyby od niechcenia.

Jeśli chodzi o kontekst mody męskiej, nie spotkałem chyba lepszej definicji niż ta krótka notka na ś.p. blogu Macaroni Tomato. Po krótce: nieważne, jak eleganckie, piękne, drogie czy zwracające uwagę ubranie masz na sobie – noś je jakby było twoją drugą skórą. Częścią ciebie. Nie daj mu się usztywnić, zdominować.

Problem z tym podejściem polega na tym, że ten efekt jest tak bardzo nieuchwytny i subiektywny, jak to tylko możliwe. Na dobrą sprawę świetnie pasuje to do szerszego znaczenia sprezzatury, które odnosi się nie tylko pokazywania się w garniturach i krawatach, ale wszelkich działań w obliczu jakiejkolwiek publiczności. To jednak zbyt subtelne, by dało się łatwo fotografować na targach Pitti Uomo, klikać na tumblrach i instagramach, by mogło żyć na łamach GQ i dziesiątek serwisów internetowych funkcjonujących jako repozytoria kolorowych obrazków.

Sprezzatura została więc sprowadzona do kilku łatwo rozpoznawalnych symboli – rozpiętych klamerek w podwójnych monkach, kilograma bransoletek na nadgarstku, koszuli, która równie dobrze mogłaby nie mieć guzików.

To obrazy tak powszechne, że dla elegantów uczących się elegancji z internetu (nie mówię tego z przekąsem, w końcu to też o mnie) stanowią na dobrą sprawę drugi zbiór reguł i zasad, obok tych klasycznych i tradycyjnych. Krawat zgodnie z zasadami wiąże się tak, by sięgał klamry paska; zgodnie ze sprezzaturą tak, żeby wąski koniec był dłuższy od szerokiego. Prowadzi to do kuriozalnych pytań w stylu: “Czy X mieści się jeszcze w ramach sprezzatury?”.

Gubi się w tym wszystkim istota: znika nonszalancja, pozostaje wystudiowanie.

To nie tak, że wystudiowanie jest niepotrzebne. Wręcz przeciwnie, jest niezbędne – tak jak dla muzyka, by poruszał się po klawiaturze fortepianu z pełną swobodą niezbędne są lata ćwiczeń. Ale ma ono pozostać ukryte.

Subtelne odstępstwa od reguł mieszczą się w ramach sprezzatury tylko jeśli pozornie samemu się ich nie zauważa. Nie można, gdy ktoś zwróci uwagę na źle zawiązany krawat czy rozpięty mankiet, powiedzieć “to sprezzatura”. To jak mówić: “jestem nonszalancki”. Nie istnieje nic mniej nonszalanckiego.

Dlatego lepiej byłoby, gdybyśmy czasem zapomnieli, że to słowo istnieje. Nie zasłaniali się nim, gdy ktoś zechce wytknąć nam błąd. “Och, rzeczywiście”, można wtedy odrzec, wzruszając ramionami. I uśmiechając się w myślach do tych poranków, gdy stało się przed lustrem, w spodniach od piżamy i koszuli, ćwicząc wiązanie krawata raz za razem. Tak, by wąski koniec był tylko trochę dłuższy od szerokiego.

O autorze

Szymon Jeziorko

Nazywam się Szymon Jeziorko. Noszę krawaty i kompulsywnie o tym piszę. Więcej...

Bądź w kontakcie