Dołożyłeś do Yanko, obstalowałeś marynarkę, wydałeś pierwszą większą kasę na ciuch nie z wyprzedaży w haemie. I teraz panicznie boisz się założyć go na siebie w innych okolicznościach, niż we własnym mieszkaniu i na miękkim dywanie.

Nie mówię o rzeczach na specjalne okazje. Czarne oxfordy za półtora tysiąca i formalny garnitur od krawca będą spędzać większość czasu w szafie, jeśli nie stanowią twojego uniformu w pracy. Ale one z zasady zarezerwowane są na dość rzadkie sytuacje.

Nie, chodzi mi o rzeczy dobrej jakości, które nadają się do codziennego noszenia. O jakieś brogsy, marynarkę z miękkiej flaneli. Rzeczy, które zakładasz i nagle okazuje się, że niczym Spider-Man odkryłeś u siebie szósty zmysł i wszędzie dostrzegasz czyhające na nie śmiertelne zagrożenia. Po powrocie do domu poddajesz je drobiazgowej inspekcji i skrzętnie katalogujesz wszelkie plamki dostrzegalne tylko pod dziesięciokrotnym powiększeniem i rozważasz, czy należy oddać tę marynarkę do pralni, czy jeszcze nie (bo słyszałeś, że pralnia chemiczna szkodzi tym delikatnym szlachetnym wełnom). Sprawdzasz prognozę pogody i przez pół godziny ważysz ryzyko wyjścia w butach na skórzanej podeszwie, jeśli prawdopodobieństwo deszczu wynosi choćby 20%.

Efekt jest taki, że twoje codzienne brogsy lądują w szafie obok tych odświętnych oxfordów i zbierają kurz.

Jasne, powyższe sytuacje są przerysowane. Ale wiem jak to jest, martwić się swoimi drogimi ciuchami i chuchać na nie i dmuchać. Odbija się to jednak strasznie źle na komforcie noszenia – zamiast się cieszyć z ładnych ubrań, zamartwia się człowiek, czy przypadkiem nic im się nie stanie.

Jak sobie z tym poradzić? Najłatwiej oczywiście jest mieć same drogie i ładne ubrania, wtedy nie masz wyboru i i tak w nich chodzisz. A jeśli masz ich dużo, to jeśli coś się stanie jednym butom – masz masę innych. Prawda, że znakomity pomysł?

A bardziej realistycznie: to trochę kwestia przyzwyczajenia. Przełamania się i jednak noszenia tych rzeczy. Banał, ale inaczej się nie da. To jednak nie zawsze rozwiązuje problem.

Czasem trzeba tym ciuchom zrobić krzywdę.

Wiem, to brzmi dziwnie. Zwłaszcza gdy czyta się na blogach o tym, że o drogie rzeczy należy dbać. Po zakupie butów równowartość ich ceny trzeba wydać na środki do pielęgnacji; bespoke’owe marynarki wisieć zaś powinny tylko na wyprofilowanych wieszakach zaprojektowanych przez inżynierów z NASA.

A ja powiem wam, że dużo mniej martwię się tym, co się stanie z moimi drogimi butami odkąd mi kiedyś przemokły i nabrały soli. Serio, soli, tej koszmarnej substancji, wżerającej się w skórę buta i duszę właściciela. Okazało się bowiem, że idzie to doczyścić. Pomogli mi chłopcy z ShoeShine, bo mnie akurat skończyły się niektóre środki czyszczące, ale efekt był zadowalający. Rzecz jasna pozostały jakieś odbarwienia, w większości przykryte kremem i pastą, ale przy bliższej inspekcji zauważalne. Tylko co z tego?

Dobrej jakości rzeczy w dużo ładniejszy sposób znoszą takie ślady ostrego traktowania, niż taniocha z sieciówek. Nie rozlecą się. Zostaną im blizny, które można nieco zamaskować, ale które dodają im uroku, charakteru, jakiejś historii. Pokazują, że w tym ubraniu ktoś jest, ktoś żyje.

Gdy się z tym człowiek pogodzi, gdy przestanie się przejmować i na plamy, rysy i przetarcia zacznie reagować prostym „coś się wymyśli”, może odkryć zupełnie nową przyjemność w ich noszeniu.

O autorze

Szymon Jeziorko

Nazywam się Szymon Jeziorko. Noszę krawaty i kompulsywnie o tym piszę. Więcej...

Bądź w kontakcie

  • Czytelnik

    A później jak już przestanie się chować te 20 % ładniejszych ubrań, to nosi się je przez 80 % czasu. :> I żeby tak szybko się nie zużywały, trzeba kupować kolejne… Fatalnie.
    PS Mr Vintage napisał kiedyś artykuł „Tego nie noszę często, bo mi szkoda” i też radził się tak nie bać. No cóż, nie ma wyboru, trzeba posłuchać fachowców.

    • SJ

      O to chodzi, że jeśli będą miały na sobie ślady użytkowania, to tym lepiej. To czyni je niepowtarzalnymi ;]

  • kajojek

    A jak tam Twoje zamszowe brogsy od Bexleya? Trzymają się? Rozważam ich zakup bo na razie nie mogędołożyć do Yanko. Pozdrawiam.

    • SJ

      Wiesz co, rzadko je noszę. Ten szarobury kolor mi się jakoś niezbyt składa z rzeczami, które mam. Ale inne buty Bexleya jakie mam trzymają się OK.

  • Wiktor Bonderek

    Przedwczoraj dotarły do mnie monki, pierwsze ramowo szyte buciki w mojej kolekcji. Długo ze sobą walczyłem, aby ubrać je na święta nie impregnując ich toną kremów, renowatorów, past i wosków. Nic strasznego póki co się nie stało, a środki do pielęgnacji dotrą pewnie dopiero po świętach. Nie po to przez długi okres czasu odkładałem hajs, by ukochane buty trzymać w pancernym sejfie i wyciągać je raz na rok. Bardzo fajny tekst! 🙂

    • Chris

      Błąd. Buty przed pierwszym użyciem należy poddać działaniu środków kosmetycznych, aby je uodpornić na otaczający świat. Oczywiście jak raz je założysz tak na święta, a potem „zaimpregnujesz” to nic się nie powinno stać, ale nie noś ich za często przed pierwszą pielęgnacją.

      • Herbiarz

        Są różne szkoły na ten temat. Dobra skóra to dobra skóra, której wystarczy przecieranie szmatką, ewentualnie czasami od święta (raz dwa razy w roku) krem zmiękczający (lub tłuszcz na zimę).
        Impregnaty, pasty itd. są zwyczajnie niebezpieczne dla skóry, bo ją utwardzają i zwiększają podatność na uszkodzenia i pęknięcia. Szczególnie tę uwagę polecam fanom luster na bucie – to szybciej je zużywa.

  • Kamil

    To się ma do rzeczy drogich ale też ogólnie nowych. Aparat, telefon, samochód itp. Z czasem się do nich przyzwyczajamy i przestajemy je traktować z nadgorliwością 🙂

  • J.

    Szczerze mówiąc, mnie osobiście (chyba) pomogło samoograniczenie – czyli „same drogie ubrania” (oczywiście „drogie ubrania” w tym kontekście należy rozumieć przenośnie – chodzi o przyjemność), ale jednocześnie bez „masz ich dużo”. To też w jakiś sposób może służyć przełamaniu się i wytworzeniu w sobie zdrowego podejścia do ubrań, jako produktów z natury rzeczy użytkowych, z wszystkimi tego konsekwencjami – od drobnych uszkodzeń, przez patynę, aż do sporadycznych napraw.

  • Ola

    Sama prawda, ale może być ciężko przestawić się na takie myślenie. Mnie pomaga takie podejście do sprawy- skoro wydałam dużo pieniędzy na tę rzecz, to będzie to uzasadnione tylko jeśli będę w niej chodzić. Buty stojące w szafie to nieudany zakup, choćby były nie wiadomo jak piękne i niezniszczone. A jeśli psuję sobie radość z noszenia ciągłym uważaniem, żeby się tylko nie zniszczyły to jeszcze większa strata pieniędzy. No i warto pamiętać, że zwykle pierwsza rysa boli najbardziej, potem to już jakoś leci

  • Tomek

    Pamiętam jak kupiłem pierwsze droższe buty, były w stanie idealnym aż siostra nie wylała na nie zupy (dobra ogórkowa 🙂 ) na wigli, buty były zamszowe więc oddałem je do szewca, wróciły w stanie idealnym.

    Szymon, są jakieś lniane koszule które możesz polecić? Słyszałem że te z Mango nie nadają się bo len jest niskiej jakość, Massimo Dutti podobono to samo. Podobno len jest droższy niż bawełna ale w takim razie gdzie kupić rzeczywiście dobra lniane koszule które nie zrujnują portfela?

    • SJ

      Ja mam dwie z ubiegłorocznej kolekcji z Massimo i nie narzekam.

    • Chris

      W tym roku w Mango trochę małe kołnierze są, a w Massimo jest chyba wszędzie kieszeń piersiowa. Trochę mnie to odrzuca…

      • SJ

        Też nie lubię kieszonki piersiowej w koszulach, ale w nieformalnych lnianych nie przeszkadza mi tak bardzo, jeśli nie jest na guzik.

  • adam

    Wedlug mnie poczatki sa wlasnie takie ze przesadnie boimy sie o nowe, drozsze szmatki i buty. Zmiana podejacia przychodzi z czasem, rowniez w momencie gdy nasza kolekcja sie powieksza

  • Herbiarz

    Większość strat można naprawić. Marynarkę wyprać chemicznie, nawet zacerować artystycznie uszkodzenie. Buty też się odnawia cholewkę, a podeszwę wymienia. Dajmy żyć tym rzeczom swoją własną historią. Większość drobnych defektów z użytkowania można naprawić, maskować, a potem i tak trudno zwrócić na nie uwagę bez oglądania pod lupą.

  • Tyczy się to właściwie wszystkiego w życiu – oszczędzamy „lepszość” naszego życia na mityczną „lepszą okazję”, zamiast samemu ją sobie stworzyć. I codziennie pić kawę z zabytkowej porcelany 😉

  • Ludwig

    Z ubraniami tak nie mam, ale jeśli chodzi o buty czasem trudno jest mi się przełamać.
    W sumie to mam pytanie do Ciebie. Chodzi o to, że na zajęciach klinicznych oczywiście wymagany jest ode mnie fartuch i buty zmienne. Z tego powodu często idąc na uczelnię wkładam woły robocze, bo uważam wkładanie ładnych i drogich butów, by przejść czterysta metrów za głupie i niepotrzebne. No i w głowie mam też to, że niszczą się one wisząc bezwładnie w worku w szatni. Miałeś podobny problem?

    W tekst wkradły się chochliki – „czychać” i „jakieś brogsach”.

    • SJ

      Generalnie już nie – noszę takie buty, jakie planuję nosić przez resztę dnia. Gdy wyjdę z kliniki przebiorę się ze scrubsów w normalne ubranie, to już w nim zostaję ;]

      I dzięki za korektę obywatelską – poprawione!

  • Coś o tym wiem 🙂
    Na jednej półce wisi pewna ekstremalnie rzadko używana koszula Lamberta z bawełny Getznera. Koszula – cudeńko. Takie cudeńko, że praktycznie zakładam ją wyłącznie na Boże Narodzenie i Wielkanoc 😉 Na pozostałe dni w roku noszę inne koszule. Więc ta wisi i … się nudzi. Bo strach, że się zużyje i takie tak. Na drugiej półce wisi ładny garnitur Lantiera, chodzę w trzech innych Lantierach do pracy a ten trzymam, sam nie wiem na jakie okazje. Bo nie chcę poplamić, zdeformować – przecież tak ładnie wygląda … Pominę już nawet smoking, który ubieram raz na rok czy na dwa lata 😀
    Śmieszna sprawa 🙂

  • Filip

    „Serio, soli, tej koszmarnej substancji, wżerającej się w skórę buta i duszę właściciela.”
    Potwierdzam, uszkodzenia duszy są prawdziwe i nieodwracalne? Bezpowrotnie łamią wolę właściciela fabrycznie nowych butów.

  • Paweł

    Po raz kolejny ciekawie, lekko i w punkt. Miałem (i czasem jeszcze miewam) podobny syndrom, którego się wyzbyłem – ubrania są od noszenia. Przy okazji muszę to napisać: Szymon, Twoje posty (w tym ten) wnoszą do nieco nudnawego świata blogerów „gentlemen style” dużo świeżego powietrza – czyta się Ciebie z przyjemnością. Nowa formuła bloga jest klawa – trzymaj tak dalej!

    • SJ

      Dzięki, bardzo miło słyszeć takie opinie 🙂

  • Marianna

    Mam wrażenie, że ten blog jest teraz trochę o niczym, a przynajmniej niektóre wpisy. Trudno jest mi się przestawić z dość bogatej merytorycznie SE :). Bo owszem, piszesz ładnie, ale ten wpis można by było zawrzeć w jednym zdaniu: „Jeśli boisz się nosić drogie rzeczy, musisz się przełamać”. I jasne, że „jeśli mi się nie podoba mogę nie zaglądać”, ale nie o to chodzi. Po prostu to już któraś notka z kolei, przy której naszła mnie taka refleksja i postanowiłam się podzielić ;).

    • SJ

      Cieszę się, że wpis ma jasną tezę. Uważam to raczej za zaletę niż wadę tekstu.

      W porównaniu z SE, wpisy tu mają inny charakter. Mniej tu powtarzania reguł i poradników mówiących wprost co i jak – jak ma leżeć marynarka i jak dobrać poszetkę. W końcu ileż można, takich treści jest już w sieci na pęczki, a powtarzanie ich nie sprawia mi żadnej przyjemności.

      Czy to znaczy, że wpisy tu nie mają wartości, nie są merytoryczne? Chciałbym wierzyć, że tak nie jest, ale ocenę pozostawiam oczywiście czytelnikom.

      • Marianna

        Rozumiem, że teraz masz inne cele w prowadzeniu bloga. Moje wrażenia mogą wynikać z osobistego upodobania do konkretów i nie przepadania za tzw. wielosłowiem oraz mową trawą. Ale na pewno są też czytelnicy, którym ta forma odpowiada bardziej 😉

        • SJ

          Wydaje mi się to trochę fałszywą dychotomią. Są tematy, które da się ująć w prostych wskazówkach, są takie, które się do tego nie nadają. Nie znaczy to, że mówienie o tych drugich pozbawione jest treści, co zdajesz się sugerować, wydaje mi się, trochę nieuczciwie.

          • Marianna

            A mnie się wydaje, że posądzanie mnie o nieuczciwą ocenę jest z Twojej strony nadużyciem. Wyraziłam swoją (uzasadnioną) opinię i nigdzie nie jest napisane, że uczciwe i dopuszczalne są tylko te, w których chwalony jest każdy Twój wpis. Tak jak już wspomniałam wcześniej, ten post można by było zawrzeć właściwie w jednym zdaniu i dla mnie nie wnosi nic poza ukazaniem dość dobrego warsztatu pisarskiego autora.

          • SJ

            Ależ nie odbieram ci prawa do wyrażania takich opinii. Po prostu wydaje mi się, że krytykujesz felieton za to, że jest felietonem.

          • Marianna

            To źle Ci się wydaje 🙂

  • SJ

    Ten wygląda nieźle: http://blackdresses.pl