Kompletowanie garderoby to fajna, ale długotrwała zabawa. U mnie ten proces przebiega w pewien konkretny sposób.

Lubię język angielski, posiada mnóstwo kompaktowych zwrotów i słów, które po polsku trzeba zastępować nieporęcznymi opisami. Jak placeholder – rzecz zajmująca jakieś miejsce tymczasowo, na próbę, dopóki nie znajdzie się coś lepszego. Od placeholderów zaczynałem zabawę z ładnymi ciuchami.

Bo oczywiście najbardziej dostępna jest taniocha z sieciówek. Rzeczy generalnie kiepsko odszyte i z niezbyt ciekawych materiałów, a do tego stylistycznie przykrojone do ograniczonej (albo odwrotnie – nazbyt bujnej) fantazji projektantów. Ale oczywiście nie wszystkie z sieciówkowych ubrań są do niczego – da się wygrzebać w kolekcjach haemów i zar ciuchy ładne, nawet jeśli nie trafiające w nasze wyobrażenia idealnie – to jednak całkiem nadające się do noszenia. Nawet z przyjemnością.

Mają niewątpliwą zaletę: są tanie. Kiedy zaczynałem, było to szalenie ważne. Szukałem nowych rzeczy w końcu nieco po omacku, nie do końca wiedząc co mi pasuje pod względem kroju, dopasowania, stylistyki. Preferencje estetyczne też wykształcone miałem średnio, to miało przyjść z czasem. Mniejsza szansa, że się wtopi tak, że człowiek będzie potem bardzo żałował, jeśli w grę wchodzą nieduże w sumie pieniądze.

A wtop trochę było. Wylądowały gdzieś w workach zbieranych regularnie z okolicy przez jakąś organizację charytatywną. Myśl, że ktoś będzie nosił na sobie te moje pomyłki to jeden z moich wyrzutów sumienia.

W pewnym momencie stwierdziłem, że mam tych ciuchów dość, by zacząć szukać czegoś lepszego – bo chino z haemu zaczęły się drzeć albo wypychać nieładnie, a marynarki z Mango przestały mnie całkiem uszczęśliwiać stylistycznie.

Trochę czasu zajęło mi zaprzestanie przeglądania kolekcji tych marek; zastanawiania się, czy może wydać kolejne parę stów w outlecie internetowym Mango, bo o, dwurzędówka; a może jeszcze sweterek? A jak wezmę do tego jeszcze koszulę, to będę miał większy rabat… Stwierdziłem, że zamiast mnożyć rzeczy, czas się sukcesywnie ich pozbywać, oraz wymieniać na lepsze.

Robi się więc krok cenowo w górę i tu już opcji jest kilka.

db

Marynarka po lewej – Zara. Po prawej – Massimo Dutti

Pierwsza to nieco droższe sieciówki. Sporo rzeczy kupuję w Massimo Dutti, bo podoba mi się ich stylistyka. Materiały też częściej są dużo bardziej przyzwoite – wełny, czy to czyste czy z domieszkami szlachetniejszych włókien, na przykład kaszmirowych, lny, mięsiste bawełny są na porządku dziennym. Jakość wykonania też jest dużo lepsza. Ale jeśli komuś pasuje stylistyka Vistuli, Bytomia, Lancerto – można szukać tam. To rzeczy, które powinny wytrzymać dłużej, niż spodnie z Zary. Chociaż nie ma się co łudzić, że przekaże się je wnukom.

W gruncie rzeczy do tej kategorii zalicza się i SuitSupply, chociaż ich ciuchy u nas można kupić jedynie przez internet.

ocbd

Koszula po lewej – H&M Premium Quality. Po prawej – Miler Luxury Shirts

Druga opcja to mniejsze firmy i sklepy. Sporo niezłych rzeczy można dostać w sklepach internetowych, które nie funkcjonują na zasadzie sieciówek. W przypadku butów na przykład to w zasadzie jedyna sensowna opcja, wyjąwszy kilka raptem punktów na mapach niektórych większych miast. Ale tak jest też z koszulami, tak jest – przede wszystkim – z akcesoriami. Jeśli szukam takich rzeczy, do galerii handlowych nawet nie zaglądam.

Plus jest też taki, że takie zakupy często wspierają nieduży, lokalny biznes.

bespoke

Marynarka po lewej – H.E. by Mango. Po prawej – pracownia krawiecka Andrzeja Kuci

No i opcja trzecia, czyli szycie miarowe. Czy w formie MTM-u, czyli szycia pasowanego, czy pełnego tradycyjnego bespoke z ogromnym wkładem ręcznej pracy – to daje dużo większe możliwości w osiągnięciu najwyższej jakości i pożądanej stylistyki.

Tylko to grunt trudny, grząski i ryzykowny, zwłaszcza przy względnie ograniczonych środkach i na naszym polskim poletku. Jeśli się uda, takie ubranie zostanie z nami na długie lata. Jeśli nie – cóż, władowanie ciucha za kilka tysięcy do worka na zbiórkę odzieży boli chyba za bardzo, więc będzie po prostu wisiał w szafie.

Natomiast te trzy ścieżki powyżej nie wykluczają się. Gdy już się wie, czego się szuka, można je przeplatać swobodnie, bo fajnie się uzupełniają. Placeholder można zastąpić w końcu innym, trochę fajniejszym placeholderem. Nie trzeba się też spieszyć – w końcu wydanie dużych pieniędzy na ciuchy to nie jest rzecz każdemu dostępna. Budowanie garderoby to proces i można czerpać przyjemność z jego trwania, niekoniecznie oczekując, że się dotrze do definitywnego końca.