Nawet jeśli rynek szybkiej mody jakoś się poprawia, robi to bardzo wolno.

24 kwietnia minęły trzy lata od katastrofy w Rana Plaza – zawalił się budynek mieszczący szwalnie produkujące ubrania dla gigantów międzynarodowego rynku mody, zabijając 1130 osób i raniąc ponad dwa razy tyle. Katastrofa odbiła się w mediach szerokim echem: od firm odzieżowych zażądano wyjaśnień i działań. Wiadomo było, że budynek jest niestabilny, pracownicy zgłaszali obawy dotyczące pęknięć na ścianach i suficie. Zignorowano to.

Proponuję szybką wycieczkę w czasie i przestrzeni dla porównania i unaocznienia sobie skali tragedii. Manhattan, nieco ponad sto lat temu. W 1911 roku w fabryce odzieżowej Triangle Shirtwaist Factory wybuchł pożar, w którym zginęło 146 osób. To jedna z największych katastrof przemysłowych w historii Stanów Zjednoczonych, która doprowadziła do wprowadzenia na przestrzeni następnych dwóch lat 60 nowych regulacji dotyczących bezpieczeństwa pracy w stanie Nowy Jork. Miała ogromny wpływ na standardy bezpieczeństwa w przemyśle w Stanach.

Jak wygląda sytuacja w Bangladeszu po trzech latach od katastrofy w Rana Plaza, której liczba ofiar jest o rząd wielkości większa? Mało optymistycznie.

Jak podaje tegoroczny raport Clean Clothes Campaign (pełna wersja do pobrania tutaj, streszczenie tu), udało się wywalczyć odszkodowania dla ofiar katastrofy i ich rodzin, oraz pokryć koszty leczenia rannych. Dużo gorzej jest, jeśli chodzi o kroki poczynione, by zapobiec kolejnym takim zdarzeniom.

Niebawem po katastrofie, pod wpływem nacisku opinii publicznej, największe marki przystąpiły do porozumienia na rzecz poprawy warunków pracy w bangladeskich fabrykach, Accord on Fire and Building Safety in Bangladesh, albo dla wygody Bangladesh Accord. Wśród sygnatariuszy znalazł się między innymi H&M i Inditex, a także, po kilku miesiącach zwłoki, polski LPP.

Ale z realizacją postanowień tego porozumienia jest problem. Ze standardów przezeń narzuconych wywiązuje się garstka dostawców. Połowa fabryk produkujących dla H&M nie wprowadziła w życie nawet podstawowych rozwiązań przeciwpożarowych. Według raportu CCC ze wszystkich objętych planem napraw blisko półtora tysiąca fabryk odzieżowych w kraju, komplet zagrożeń zidentyfikowanych podczas inspekcji w 2014 roku usunęło siedem. Tak jest – siedem.

Nie zbliżamy się wcale do rozwiązania, jeśli zauważymy, że podstawowe narzędzie, jakie firmy odzieżowe stosują do oceny warunków w fabrykach swoich dostawców – audyty swojego łańcucha dostaw – najprawdopodobniej zwyczajnie nie spełniają swojej roli.

Odpowiedzialność za wykonanie napraw i zmian niezbędnych do zapewnienia bezpieczeństwa pracy leży po stronie fabryk. Ale naprawy są kosztowne, a fabryki operują na granicy rentowności. Z przykładowej koszulki kosztującej w sprzedaży 14 dolarów, działka fabryki to trochę ponad pół dolara. Skoro ponad 60% dostawców nie ma pieniędzy, żeby zapewnić pracownikom wynagrodzenie na poziomie płacy minimalnej, ciężko oczekiwać, że pokryją ze swojej kieszeni drogie remonty.

Tu wchodzi Bangladesh Accord – firmy odzieżowe mają wynegocjować z dostawcami warunki przynajmniej częściowego finansowania napraw. Ich powolne tempo, nienadążające za harmonogramem, jednak każe wątpić w skuteczność tego rozwiązania. Bangladesh Accord jest planem rozpisanym na pięć lat, czasu nie zostało dużo.

Powtórka z Rana Plaza zdaje się być więc niestety bardzo prawdopodobna. O włos uniknięto jej w lutym tego roku, gdy w fabryce będącej dostawcą m. in. dla H&M wybuchł pożar – na szczęście około godzinę przed tym, zanim większość z sześciu tysięcy zatrudnionych w niej pracowników rozpoczęła tego dnia pracę.

Nie piszę tego wszystkiego dlatego, żeby wzbudzić w was poczucie winy za kupowanie w haemie i innych sklepach ulokowanych w jasno rozświetlonych galeriach handlowych. Nie mogę sobie pozwolić na rzucanie kamieniami, sam nie posiadam garderoby składającej się jedynie z produktów z metkami lokalnych rzemieślników i małych rodzinnych firm.

Ale sam fakt istnienia Bangladesh Accord, fakt przystąpienia w końcu do niego ociągających się Benettonu czy LPP, oznacza, że presja opinii publicznej jednak jakoś działa. A działa, dopóki nie zapomni się o sprawie, nie da się uśpić pustym deklaracjom i pozorowanym ruchom, dopóki się o niej mówi i pisze. Dopóki ta kwestia istnieje w świadomości konsumentów.

O autorze

Szymon Jeziorko

Nazywam się Szymon Jeziorko. Noszę krawaty i kompulsywnie o tym piszę. Więcej...

Bądź w kontakcie

  • Namorzyn

    Brawo za podjęcie trudnego tematu. Zazwyczaj na blogach modowych dramatyczne historie dotyczą długości nogawek.

  • Herbiarz

    Często wielkim problemem są lokalni kacykowie/rządy/oligarchia (itp.), którzy rozdają karty i przywileje, jednocześnie dusząc lokalną ludność i odbierając im alternatywy. A zagraniczne korporacje na to przystają i potem chcą umywać ręce – podobnie jak Nestle w słynnej sprawie zatrudniania niewolników. Takie rzeczy najwięcej się dzieją, gdy właśnie działają lokalni dostawcy. Dużo lepiej by było, gdyby wielkie koncerny wchodziły w całości i bezpośrednio przejmowały odpowiedzialność za produkcje, przychodząc z jednej strony ze swoim know-how i systemem zarządzania, a z drugiej strony biorąc finansową odpowiedzialność za wypadki. Tylko jak to zrobić z lokalnymi bonzami, którzy chcą spijać śmietankę i nie mają ochoty pozbyć się możliwości zarobku.

    W sumie trochę podobny efekt, ale w zupełnie inny sposób, widać na polskim rynku pracy, gdzie zagraniczne korporacje oferują lepsze warunki (umowa o prace, dodatkowe ubezpieczenia medyczne, na życie, wyższe płace) od polskich przedsiębiorców (umowy śmieciowe, niższe wynagrodzenia).

    • SJ

      Tyle tylko, że duże firmy nie chcą mieć tam swoich fabryk. To się dla nich nie opłaca z żadnej strony: nie daje możliwości szybkiej zmiany miejsca produkcji, wyboru szwalni, która zrobi najtaniej, w końcu: w razie katastrofy stwierdzenia „O nie, nasi podwykonawcy zataili przed nami te wszystkie straszne rzeczy, my nic nie wiedzieliśmy!”

      • Herbiarz

        To wszystko zależy, nie generalizuj. Suitsupply, jak rozumiem, do tych firm nie zaliczasz?

        • SJ

          Oczywiście, że zaliczam. Natomiast SuSu jest poza tematem poruszanym przez tę notkę – nic nie szyją w Bangladeszu.

          Im z powodów wizerunkowych, jako firmy raczej premium, o mniejszych niż najwięksi giganci obrotach, opłaca się np. zabiegać o pokazywanie się jako marki dbającej o to, żeby z takimi fakapami nie mieć nic wspólnego, stąd np. zewnętrzne organizacje sprawdzają, jak radzą sobie z kontrolą swojego łańcucha dostaw (http://www.fairwear.org/528/company/suitsupply_b_v/?companyId=86 – ale zauważ, że oni też nie mają w tych Chinach swoich własnych fabryk!). Co nie zmienia faktu, że nie robią tego przecież z dobroci serca i że nadal trzeba im patrzeć na ręce.

  • Ludwig

    Jedyne co możemy zrobić dla tych biednych szwaczek, to kupować ich wyroby.
    Jednocześnie moglibyśmy zabiegać o więcej wolności i kapitalizmu w tych krajach, ale to zdecydowanie trudniejsze do wykonania.

    • SJ

      No super, wolny, niespętany regulacjami rynek sprawdza się tam fenomenalnie. Na przykład na polu bezpieczeństwa warunków pracy.

      • Rafal Marszalek

        Ta magiczna wiara w to,że nie skrępowana regulacjami gospodarka sama stworzy ład,w którym pracownicy najemni będą chwalić kazdy dzień swej pracy jest strasznie naiwna.Ośmiogodzinny dzień pracy oraz świadczenia socjalne zostały wywalczone często ofirą krwi.

        • Ludwig

          Racja – zaraza socjalizmu i komunizmu w XX wieku pochłonęła setki milionów ofiar.

          • SJ

            Ten komentarz zostawiam tylko ku ostrzeżeniu, bo rozmowy na takim poziomie tu prowadzić nie będziemy.

      • Ludwig

        Jeżeli w państwach typu Indie, czy Bangladesz widzisz wolny rynek, to nie mamy o czym rozmawiać.
        Poza tym jak sam zauważyłeś – dodatkowe obciążenie kosztami, wynikającymi z tych rzekomo dobrych regulacji, spowoduje, że wiele osób po prostu straci pracę. Ciekawe czy wolą umrzeć z głodu, czy pracować w trudnych warunkach?

        • SJ

          Ależ po dyskusjach z rozmaitymi libertarianami czy innymi anarchokapitalistami, którzy mi się plączą po komentarzach zawsze, gdy poruszam taki temat, doskonale wiem, że nie mamy o czym rozmawiać.

          Praca w bangladeskiej czy indyjskiej szwalni jest praktycznie nieregulowana prawnie, a jeśli regulacje istnieją, nie są egzekwowane.

          Obciążenie kosztami, które są niezbędne, żeby szwalnie nie grzebały pod gruzami ludzi, miało spaść na międzynarodowe korporacje odzieżowe – które się od tego obciążenia oczywiście wymigują jak mogą. Nie dlatego, że ich na poniesienie tych kosztów nie stać – H&M w zeszłym roku sprzedał rzeczy warte prawie 26 miliardów dolarów! – a dlatego, że tak działa międzynarodowa korporacja, której jedynym celem jest przynoszenie zysku akcjonariuszom. Takie efekty przewidział już jakiś czas temu pewien znany lewak i roznosiciel czerwonej zarazy, niejaki Adam Smith.

          • Ludwig

            Brak regulacji prawnych nie jest warunkiem wystarczającym do istnienia wolnego rynku.
            Przeprowadźmy pewną analizę.
            Jak widać – ludzie pracują w tych paskudnych fabrykach. Co nimi kieruje?
            Albo są do tego zmuszeni, albo robią to dobrowolnie. Przyjmijmy, że nikt im rano nie przykłada lufy do głowy.
            Dlaczego więc bez przymusu pracują w tak fatalnych warunkach?
            Mogliby nie pracować i umrzeć z głodu, albo pracować i mieć za co żyć. Mogliby też pracować w innej fabryce, bezpieczniejszej, w której jednak zarobki pewnie byłyby niższe. Wreszcie mogliby zrezygnować z zawodu szwacza i zająć się smażeniem i sprzedażą naleśników na rogu.
            Dlaczego więc ta przeklęta fabryka?
            Najwidoczniej to dla nich NAJLEPSZE wyjście.

          • SJ

            Mam déjà vu czytając ten wywód, bo wygląda jak dziesiątki innych, z którymi się spotkałem. I upraszcza problem do granic.

            A mnie się powoli przestaje chcieć tłumaczyć, że przecież pracownicy nie wybierają, w której fabryce chcą pracować. Że nie robią kalkulowanego tradeoffu bezpieczeństwo vs wyższe wynagrodzenie. Że gdyby byli zadowoleni, to by się nie próbowali organizować w związki (które się potem rozwala, a działaczy szykanuje i grozi im przemocą). Bo jeśli ktoś żyje w świecie, w którym receptą na dobrobyt jest otworzyć sobie stoisko z naleśnikami, to moje gadanie go i tak nie przekona, bo to świat o rzędy wielkości mniej złożony. Been there, done that, got the t-shirt (którego nie noszę, bo wolę koszule).

            Dlatego nie o tym napisałem notkę. Więc jeśli chciałbyś się do niej odnieść, zapraszam.

            Jeśli jednak ma to być rozmowa z cyklu „Przepraszam, czy masz chwilę, żeby porozmawiać o Wolnym Rynku?” – to nie, przepraszam, spieszę się na tramwaj.

          • Ludwig

            Uciekasz od problemu, bo jak widać go nie rozumiesz.

            Skoro nie wybierają w której fabryce chcą pracować, to gdzie tu wolność?
            Skąd wiesz, że nie robią kalkulacji – „tutaj mogę zginąć, ale zarobię więcej”? Myślisz, że górnicy wybierają się kilkaset metrów pod ziemię, bo tam jest cieplej, czy dlatego, że zarobią więcej pieniędzy niż pracując w „bezpiecznej fabryce”?
            Jeżeli działaczy się szykanuje i grozi im przemocą, to gdzie tu wolność i prawo?
            Dlaczego uważasz, że produkcja naleśników nie przynosi dobrobytu?

            Obiecuję, że to mój ostatni komentarz pod tym artykułem, o ile RZETELNIE odpowiesz na te pytania, nie zbywając mnie swoimi schopenhauerowskimi argumentami.

            E: Pytanie dodatkowe – skoro nie poprzez naleśniki, to jak według Ciebie osiągnąć dobrobyt w kraju pokroju Bangladeszu?

          • SJ

            Jeśli większość fabryk nie płaci pracownikom nawet płacy minimalnej oraz większość fabryk nie zapewnia podstawowego bezpieczeństwa warunków pracy, to nie masz wyboru pomiędzy lepszą płacą a pracą w lepszych warunkach. Większość pracowników szwalni pracuje więc za kiepskie pieniądze w warunkach zagrażających życiu. Że tak jest – i że wybór o jakim piszesz nie istnieje – wiem z tekstów i raportów, które w tekście są linkowane. Wystarczy się schylić, zamiast wyobrażać sobie jak wygląda życie szwaczek na podstawie ssania palucha.

            I tylko w świecie libertarian czy innych anarchokapitalistów wybór pomiędzy śmiercią głodową a pracą w warunkach zagrażających życiu jest prawdziwym wolnym wyborem.

            Natomiast notkę celowo zawęziłem do skromnego wycinka tematu, czyli jak korpy odzieżowe wywiązują się z dobrowolnie złożonych zobowiązań dotyczących poprawy bezpieczeństwa pracy w swoim łańcuchu dostaw. Celowo, żeby uniknąć kolejnych takich bezproduktywnych dyskusji. Nadużywasz mojej gościnności, ignorując moje prośby o trzymanie się tego tematu, zatem jest to twój ostatni komentarz pod tym artykułem tak czy inaczej.

            PS. Wiadomość „Komentarz oczekuje na moderację” oznacza właśnie to, nie popędzę natychmiast rzucając w cholerę wszystkiego co akurat robię, żeby puszczać twoje komentarze, jeśli napiszesz jeszcze kilka kolejnych z pytaniem, czemu nie puszczam ci komentarzy.

          • smartpole

            Logika nakazuje mi zgodzić się z Panem Ludwigiem w kwestii wolnego rynku i z Panem Szymonem, że ta rozmowa nie ma sensu. Konfrontacji poglądów lewicowych i prawicowych nie da się przeprowadzić w komentarzach. Pomimo tego dziwi mnie postawa Pana Szymona w słowach „A mnie się powoli przestaje chcieć tłumaczyć”, ponieważ sam rozpoczął dyskusję zamieszczając wpis dotyczący gospodarki na swoim blogu. Ale oglądając nieraz debaty telewizyjne, gdzie sporadycznie zaprasza się osoby o prawicowych poglądach (nie mylić z PISem) stwierdzam, że dyskusje bardzo często wyglądają w ten sposób. Prawica podaje argumenty słuszne, czasem nie, ale oparte na jakiejś logice, na co lewica odpowiada „Już nam się nie chce tłumaczyć”.

          • SJ

            Celowo zawęziłem temat notki do jednego, wąskiego aspektu problemu: jak sobie korporacje odzieżowe radzą z wywiązywaniem się ze zobowiązań, jakie na siebie wzięły po katastrofie w Rana Plaza. Nie będę się wdawał w szersze dyskusje, bo już próbowałem i już nie mam ochoty. Życzysz sobie je prowadzić – proszę bardzo, na swoim blogasku.

          • smartpole

            Napisawszy poprzedni komentarz zacząłem się zastanawiać, do czego tak w ogóle służy opcja komentarzy. Skłaniam się do stwierdzenia, iż nie do prowadzenia dyskusji, bo sama forma to wyklucza. Zbyt długich komentarzy nikt nie czyta, zbyt krótkie nikogo nie przekonają. Chyba więc tylko do dawania wskazówek autorowi, w którą stronę powinien zmierzać blog. Napiszę więc po prostu jako czytelnik, że moim zdaniem wpis ten jest nietrafiony, ponieważ dotyczy choć ważnego, to zbyt skomplikowanego tematu, aby go w ten sposób pobieżnie potraktować.
            Możliwe, że w czasie ciekawej dyskusji przy cygarze moglibyśmy się nawet zgodzić w poglądach. Wpis na tak kontrowersyjny temat, może natomiast ludzi jedynie jeszcze bardziej polaryzować.
            A jeśli kogoś naprawdę interesuje jak można pomóc krajom takim jak Bangladesz, zamiast czytać blogi polecam poczytać np. Miltona Friedmana.

          • SJ

            Widzisz, uzasadnienie dla napisania tego tekstu podałem na jego końcu. Nie przekona ono fanów Friedmana, ale też nie do nich tekst jest adresowany.

            Cygar nie palę, dzięki.

  • Mędrzec ze Wschodu

    Problem z regulacjami gospodarczymi polega na tym, że aby ich koszty pokryć, w społeczeństwie muszą być na to środki, tj. musi być w nim wytworzona należyta ilość bogactwa. Można się kłócić, czy takie regulacje są skuteczne, uprawnione itd. – akurat Autor sobie tego nie życzy, co w pełni rozumiem i nie mam zamiaru tego robić – niemniej ten fakt chyba kontrowersyjny nie jest.
    Np. mieszkańców Polski stać na to, aby płaca minimalna wynosiła 1850 zł (pomijam dla uproszczenia szarą strefę itp.). Nawet jeśli ktoś uważa, że taka regulacja jest nieskuteczna (bo tylko zwiększa bezrobocie) czy niemoralna (bo godzi w wolność tych, którzy chcą pracować za mniej), to musi przyznać, że gospodarka jest ją w stanie utrzymać. Z kolei gdyby wprowadzić wartość, powiedzmy, brytyjską, czyli ok. 6,5 tys. zł, skończyło by się to zapewne ruiną gospodarki (w praktyce pewnie proporcjonalną do skuteczności egzekwowania takiego prawa), bo po prostu w Polsce nie ma (jeszcze) takiego bogactwa.
    Wynika z tego, że w 1911 roku nowojorskie społeczeństwo było na tyle bogate, że stać je było, aby ponieść koszty tych nowych przepisów.
    Sęk w tym, że społeczeństwo Bangladeszu (czy innych zacofanych ekonomicznie krajów) jest zbyt biedne, by ponosić tego typu koszty. To nie jest kwestia socjalizmu czy kapitalizmu – nawet, gdyby chcieć uprawiać redystrybucję, to po prostu nie ma z czego.
    No i tu pojawia się pomysł, aby te koszty ponosiły zachodnie firmy, które bez wątpienia mają na to środki. Zobaczymy, co z tego wyniknie, ale nie sądzę, aby wiele, jak zresztą pokazuje dotychczasowe doświadczenie.
    Przyczyna jest taka, że jeden jedyny powód, dla którego szyje się w Bangladeszu jest taki, że to tańsze. Chodzi wyłącznie o to. Poza tym dla zachodniej firmy to same problemy: od kosztów transportu, przez konieczność działania w obcym, często nieprzewidywalnym, porządku politycznym i prawnym, aż po kwestie wizerunkowe. Dlatego jeśli w Bangladeszu będzie drożej, to albo te firmy przeniosą się do kraju bardziej rozwiniętego (gdzie za te same pieniądze będą miały lepsze warunki działania), albo – co bardziej prawdopodobne (chyba że tego typu regulacje mają działać globalnie) – do kraju jeszcze mniej rozwiniętego (w ten sposób zresztą część produkcji trafiła do Bangladeszu z np. Chin, które się już wzbogaciły).
    Nie chcę w żadnym razie zabrzmieć okrutnie, ale prawda jest taka, że lepiej jest dla Bangladeszu, jak są te fabryki, a obawiam się, że są tylko dlatego, iż da się tam tak tanio produkować. Można twierdzić, że wybór między taką pracą a jeszcze gorszą czy śmiercią głodową nie jest w istocie wolny, może (i powinno!) się nie podobać, że tak jest… ale cóż, tak jest.
    To, że ludzie chcą pracować w takich warunkach, oznacza, że jest to dla nich najlepsza opcja. Fakt, nawet ta najlepsza opcja jest tragiczna, ale to tylko świadczy o nędzy tego kraju. Nędzy, która zresztą nie jest niczyją winą. To nie jest tak, że ktoś zubożył czy zniszczył kraj (jak np. wojna ostatnio zrujnowała Ukrainę czy Syrię). On po prostu nie zdążył wytworzył tyle bogactwa, aby jego mieszkańców było stać na, powiedzmy, polskie warunki pracy (tak jak nas nie stać na np. warunki szwajcarskie).
    Warto też zwrócić uwagę na historię. Przez mniej więcej pierwszą dekadę swojej niepodległości, Bangladesz prowadził mocno socjalistyczną politykę gospodarczą, m.in. znacjonalizowano przedsiębiorstwa tekstylne. Skończyło się to katastrofą gospodarczą i właśnie jako remedium na nią przestawiono się na bycie szwalnią bogatego świata. PKB per capita wzrosło w tym czasie z ok. 500$ na początku lat .80 do prawie 4000$ obecnie. Oczywiście, dalej jest to bardzo mało, ale wygląda na to, że nikt nie znalazł jak dotąd innej drogi do dobrobytu, a rezygnowanie z tamtejszych produktów w żaden sposób im nie pomoże.

    • SJ

      Jedną rzeczą, która w takich wywodach jest notorycznie pomijana to to, że rynek tekstylny w Bangladeszu nie szyje dla Bangladeszu; nie zarabia sprzedając te ubrania do Bangladeszu i nie brak środków ludzi w Bangladeszu, którzy mogliby przeznaczyć je wyroby tych fabryk ogranicza ich dochody.

      Pomijany jest fakt, że mówimy cały czas o ogromnych, międzynarodowych korporacjach, które zwyczajnie nie chcą brać na siebie żadnej odpowiedzialności. I które będą przenosić się do jeszcze biedniejszych krajów żeby ciąć koszty – dlatego, że istnieje na to społeczne przyzwolenie. Nie jestem fanem pomysłu, żeby dobierać się do dupy tylko bangladeskim szwalniom, bo to są mali gracze, którzy tańczą, jak im Haem z Inditeksem zagrają. A nie jest tak, że Haem z Inditeksem by straszliwie zbiedniały, gdyby musiały dbać o warunki pracowników w swoim łańcuchu dostaw. Tylko nie zrobią tego, jeśli ich do tego nie przymusić po naszej stronie, bo to jest logiczna konsekwencja ich modelu działania (znowu, obserwacja poczyniona z górą dwieście lat temu przez Adama Smitha, ja tu nie mówię nic rewolucyjno-komunistyczno-wywrotowego).

      A bycie szwalnią świata zdaje się być trochę bardziej skomplikowane – bo fajnie, że od lat osiemdziesiątych pekab rośnie i tak dalej, ale już od początku dwutysięcznych wynagrodzenie w sektorze praktycznie stoi w miejscu (a momentami, przy przeliczeniu na siłę nabywczą, spada).

      • MzW

        Ależ absolutnie tego nie pomijam, wręcz przeciwnie – odnoszę się wprost właśnie do tego. Może niejasno się wyraziłem, spróbuję więc jeszcze raz.
        (1) Brak regulacji nie wynika z zamiłowania Bengalczyków do liberalizmu (przeciwnie, są tam bardzo silne inklinacje socjalistyczne), ale z tego, że są po prostu zbyt biedni, by ponieść ich koszty.
        (2) Oczywiście stać by było na to zachodnie firmy, które tam działają. Nie chcę wydawać kategorycznych sądów, nawet chciałbym się mylić, ale nie sądzę, aby to zrobiły, gdyż właśnie dlatego tam działają, i tylko dlatego, żeby za to wszystko nie musieć płacić. Przewiduję – czas pokaże, czy mam rację – trzy opcje:
        a) nic się nie zmieni, a wszelkie działania będą tylko pozorne, wizerunkowe, natomiast nie będą prowadzić do istotnej poprawy (która wiązałaby się z istotnymi kosztami);
        b) faktycznie dojdzie do tego, że standard – a zatem cena – pracy się zwiększą, i zagraniczne firmy przeniosą się do innego, dziewiczego pod tym względem kraju. Z jednej strony wydaje się to cokolwiek bez sensu, bo przecież nie chodzi akurat o Bangladesz i takie rozwiązanie nawet nie tknie istoty problemu; z drugiej: istnieje cała masa krajów, np. w Afryce, które są jeszcze biedniejsze, jeszcze bardziej zacofane, w których praca (i życie) są jeszcze trudniejsze – i w których marzy się o fabryce o bengalskim standardzie, gdyż nawet to będzie poprawą.
        c) firmy te zrezygnują w ogóle z taniej robocizny, i przeniosą się do bardziej rozwiniętych krajów. Jedynym atutem Bangladeszu i innych niedorozwiniętych krajów jest niska cena pracy (a w każdym razie w tej branży, w innych może chodzić też np. o bogactwa naturalne); poza tym, jak pisałem wyżej, mają same wady – więc skoro i tak siła robocza ma być droższa, to lepiej, aby pochodziła z kraju zamożniejszego, w którym prościej się działa.
        (3) Żadne z prognozowanych przeze mnie rozwiązań nie poprawi sytuacji Bengalczyków. Wielu już próbowało, ale nikt nie znalazł drogi na skróty do dobrobytu. Bogactwo, które pozwoli lepiej żyć, trzeba samemu wypracować i liczenie na szczodrość zagranicznych korporacji to naiwność. My mamy to wielkie szczęście, że możemy sobie pozwolić na w miarę wygodne życie (a przecież i tak nie na rekordowo wysokim standardzie), gdyż korzystamy z tego, iż przez ten etap rozwoju, na którym teraz jest Bangladesz (też bynajmniej nie najuboższy na świecie), przebrnęli nasi przodkowie dekady, może stulecia temu, i również im nikt wtedy nie dawał nic za darmo.
        (4) Zdaję sobie sprawę, że powyższe może mieć wydźwięk „niech radzą sobie sami, to nie moja sprawa, nic mnie to nie obchodzi, w życiu nie ma lekko” itd., ale naprawdę nie o to chodzi. Nie znam żadnego pomysłu na to, jak „bezstresowo” Bangladesz ma się rozwinąć, ani żadnej historycznej analogii. Chciałem na zakończenie odnaleźć cytat, który kiedyś widziałem – pomimo długich poszukiwań nie udało mi się to, więc niestety trzeba mi zaufać, że nie zmyślam – autorstwa pewnego marksisty, który twierdził, iż to źle, że kapitaliści wyzyskują Trzeci Świat, ale byłoby jeszcze gorzej, gdyby tego nie robili.

        • SJ

          Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie poprawi sytuacji po prostu wprowadzenie regulacji – nie jestem na tyle naiwny, żeby widząc problem krzyczeć „uregulować!”.

          Natomiast twoje przewidywania wydają mi się znacząco uproszczone. Zupełnie jakby pomiędzy pracą w warunkach absolutnej nędzy a pracą w nowoczesnej fabryce w rozwiniętym kraju nie było nic innego. Podniesienie warunków bezpieczeństwa pracy, a również i wynagrodzeń szwaczek, nie spowoduje przecież od razu, że te koszty skoczą do poziomu, w którym Bangladesz przestanie być konkurencyjny wobec krajów rozwiniętych.

          Koszty produkcji w Chinach już sporo wzrosły, duża część najtańszej produkcji się stamtąd wyniosła – ale nadal Chiny są tańsze niż Europa, nadal mnóstwo się tam szyje, żeby zaoszczędzić właśnie.

          Firmy mogą próbować przenosić się do innego kraju, mogą szukać tańszych rozwiązań. I będą tak robić, jeśli my po naszej stronie, czyli konsumenci kupujący od nich rzeczy, będziemy uznawać to za naturalną kolej rzeczy i będziemy im na to pozwalać. Jeśli będzie się od nich wymagać zachowania pewnych standardów i egzekwować to, to będą je musieli utrzymać – czy to w Chinach, czy Bangladeszu, czy Indiach. I nadal nie wydaje mi się, żeby to miało być przestać dla nich być opłacalne – bo można dużo mniej płacić bangladeskiej szwaczce nawet zapewniając jej minimum egzystencji (koszty życia w Bangladeszu są w końcu dużo niższe), wydać trochę na remonty i modernizacje szwalni, i nie zbliżyć się do kosztów produkcji w krajach rozwiniętych. Po prostu nie przyniesie to korporacji największej możliwej do wyciśnięcia z takiej sytuacji ilości pieniędzy. Jest mi tak bardzo przykro, no.

          Ja zasadniczo nie mam zbyt wielkiego problemu z ideą wywierania na korporacje nacisku: od bojkotów konsumenckich po wymuszanie na nich pewnych rozwiązań pod groźbą kar finansowych (pytanie jest tylko o realną możliwość ich wprowadzenia). Po prostu jakoś w ogóle mi ich nie szkoda.

  • SJ

    No patrzę i mam uwagi. Zwróć uwagę zwłaszcza na wykres, gdzie masz te płace przeliczone na ekwiwalent ryżu (więc patrzysz na moc nabywczą). Jasne, poza miastem od ’09 a potem ’11 notujesz wzrosty, ale w miastach masz spore tąpnięcie ’07-’08, które się po prostu odbiło. A jednak większość fabryk odzieżowych skupiona jest wokół Dhaki.

    Poza tym zdaje się, że wykresy pokazują wynagrodzenie dla ‚unskilled workers’ generalnie, nie rozbijając na sektor.

    W tym artykule: http://qz.com/389741/the-thing-that-makes-bangladeshs-garment-industry-such-a-huge-success-also-makes-it-deadly/ masz porównanie wynagrodzenia w sektorze przeliczonego na siłę nabywczą między 2001 a 2011 – gdzie w zasadzie stało w miejscu. Pewnie po Rana Plaza trochę to ruszyło do góry, ale nie spodziewałbym się bardzo spektakularnego wzrostu (częściowo wymuszony będzie regulacjami o płacy minimalnej, ale jak mówi jeden z artykułów, który linkuję – te regulacje i tak nie są przestrzegane przez 40 do 80% fabryk, według różnych danych).

    • Herbiarz

      Yup – tylko, że wszystkie te wykresy uwzględniają siłę nabywczą. Pierwszy, gdzie widać największy wzrost płac uwzględnia wszystkie dobra, drugi tylko żywność, a trzeci tylko ryż. Porównywanie do jednego dobra moim zdaniem wypacza dane. Ktoś kiedyś w Polsce robił taką infografikę, gdzie wybrał tylko kilka dóbr np. paliwo i próbował przekonywać, że płace realne w Polsce od 2000 roku zmalały.
      Na qz podane są tylko dwie wielkości krańcowe bez metodologii badań i całego trendu, nie mogę nigdzie znaleźć szczegółów (w linkowanym przeze mnie tekście jest cała metodologia).
      Natomiast zastanawiający jest fakt, że do 2007 płace nie rosną, słabo rosną, albo trochę spadają (zależy od metody). A jednocześnie w tym czasie napływało sporo inwestycji z zagranicy (zwłaszcza od 2004), a taki kapitał musi płacić więcej niż lokalny biznes, żeby przyciągać pracowników – czyli płace w „normalnych” warunkach muszą rosnąć (tak samo jak korporacje w Polsce płacą lepiej i więcej niż polscy pracodawcy). Jeśli te dane dobrze oddają trendy, to coś musiało się dziać poważnego np. jakaś recesja, albo ogólna zapaść. Albo np zmiana strukturalna na rynku pracy np. masowe wejście kobiet, które przyjmowały niższe stawki.
      Tylko, że to wszystko ciągle zastanawiające w świetle rosnących stabilnie płac w rolnictwie – a to jest ostatni sektor, do którego docierają podwyżki płac przy wzroście. Temat w szczegółach do zbadania.
      Pozdrowienia

      • SJ

        OK, nadal trend wzrostowy w płacach w miastach jest cokolwiek wątpliwy – i nadal to zarobki, które nie są rozbite na sektory.

        Co do danych z qz – podane jest źródło; zajrzę w wolnej chwili żeby ogarnąć więcej szczegółów.

        Temat rzeczywiście do ogarnięcia w większym zakresie i dzięki za food for thought.