Nawet jeśli rynek szybkiej mody jakoś się poprawia, robi to bardzo wolno.

24 kwietnia minęły trzy lata od katastrofy w Rana Plaza – zawalił się budynek mieszczący szwalnie produkujące ubrania dla gigantów międzynarodowego rynku mody, zabijając 1130 osób i raniąc ponad dwa razy tyle. Katastrofa odbiła się w mediach szerokim echem: od firm odzieżowych zażądano wyjaśnień i działań. Wiadomo było, że budynek jest niestabilny, pracownicy zgłaszali obawy dotyczące pęknięć na ścianach i suficie. Zignorowano to.

Proponuję szybką wycieczkę w czasie i przestrzeni dla porównania i unaocznienia sobie skali tragedii. Manhattan, nieco ponad sto lat temu. W 1911 roku w fabryce odzieżowej Triangle Shirtwaist Factory wybuchł pożar, w którym zginęło 146 osób. To jedna z największych katastrof przemysłowych w historii Stanów Zjednoczonych, która doprowadziła do wprowadzenia na przestrzeni następnych dwóch lat 60 nowych regulacji dotyczących bezpieczeństwa pracy w stanie Nowy Jork. Miała ogromny wpływ na standardy bezpieczeństwa w przemyśle w Stanach.

Jak wygląda sytuacja w Bangladeszu po trzech latach od katastrofy w Rana Plaza, której liczba ofiar jest o rząd wielkości większa? Mało optymistycznie.

Jak podaje tegoroczny raport Clean Clothes Campaign (pełna wersja do pobrania tutaj, streszczenie tu), udało się wywalczyć odszkodowania dla ofiar katastrofy i ich rodzin, oraz pokryć koszty leczenia rannych. Dużo gorzej jest, jeśli chodzi o kroki poczynione, by zapobiec kolejnym takim zdarzeniom.

Niebawem po katastrofie, pod wpływem nacisku opinii publicznej, największe marki przystąpiły do porozumienia na rzecz poprawy warunków pracy w bangladeskich fabrykach, Accord on Fire and Building Safety in Bangladesh, albo dla wygody Bangladesh Accord. Wśród sygnatariuszy znalazł się między innymi H&M i Inditex, a także, po kilku miesiącach zwłoki, polski LPP.

Ale z realizacją postanowień tego porozumienia jest problem. Ze standardów przezeń narzuconych wywiązuje się garstka dostawców. Połowa fabryk produkujących dla H&M nie wprowadziła w życie nawet podstawowych rozwiązań przeciwpożarowych. Według raportu CCC ze wszystkich objętych planem napraw blisko półtora tysiąca fabryk odzieżowych w kraju, komplet zagrożeń zidentyfikowanych podczas inspekcji w 2014 roku usunęło siedem. Tak jest – siedem.

Nie zbliżamy się wcale do rozwiązania, jeśli zauważymy, że podstawowe narzędzie, jakie firmy odzieżowe stosują do oceny warunków w fabrykach swoich dostawców – audyty swojego łańcucha dostaw – najprawdopodobniej zwyczajnie nie spełniają swojej roli.

Odpowiedzialność za wykonanie napraw i zmian niezbędnych do zapewnienia bezpieczeństwa pracy leży po stronie fabryk. Ale naprawy są kosztowne, a fabryki operują na granicy rentowności. Z przykładowej koszulki kosztującej w sprzedaży 14 dolarów, działka fabryki to trochę ponad pół dolara. Skoro ponad 60% dostawców nie ma pieniędzy, żeby zapewnić pracownikom wynagrodzenie na poziomie płacy minimalnej, ciężko oczekiwać, że pokryją ze swojej kieszeni drogie remonty.

Tu wchodzi Bangladesh Accord – firmy odzieżowe mają wynegocjować z dostawcami warunki przynajmniej częściowego finansowania napraw. Ich powolne tempo, nienadążające za harmonogramem, jednak każe wątpić w skuteczność tego rozwiązania. Bangladesh Accord jest planem rozpisanym na pięć lat, czasu nie zostało dużo.

Powtórka z Rana Plaza zdaje się być więc niestety bardzo prawdopodobna. O włos uniknięto jej w lutym tego roku, gdy w fabryce będącej dostawcą m. in. dla H&M wybuchł pożar – na szczęście około godzinę przed tym, zanim większość z sześciu tysięcy zatrudnionych w niej pracowników rozpoczęła tego dnia pracę.

Nie piszę tego wszystkiego dlatego, żeby wzbudzić w was poczucie winy za kupowanie w haemie i innych sklepach ulokowanych w jasno rozświetlonych galeriach handlowych. Nie mogę sobie pozwolić na rzucanie kamieniami, sam nie posiadam garderoby składającej się jedynie z produktów z metkami lokalnych rzemieślników i małych rodzinnych firm.

Ale sam fakt istnienia Bangladesh Accord, fakt przystąpienia w końcu do niego ociągających się Benettonu czy LPP, oznacza, że presja opinii publicznej jednak jakoś działa. A działa, dopóki nie zapomni się o sprawie, nie da się uśpić pustym deklaracjom i pozorowanym ruchom, dopóki się o niej mówi i pisze. Dopóki ta kwestia istnieje w świadomości konsumentów.

O autorze

Szymon Jeziorko

Nazywam się Szymon Jeziorko. Noszę krawaty i kompulsywnie o tym piszę. Więcej...

Bądź w kontakcie