Czasem naprawdę lepiej jest trochę odpuścić.

Klasyczna moda męska jest różnorodna. Tego może nie widać tak bardzo z zewnątrz, gdy nie wchodzi się w szczegóły: w końcu facet w garniturze to facet w garniturze. Ale każdy fan menswearu wie, że to nie tak, a wariacji na temat garnituru (a także koszuli, krawata, poszetki, butów, skarpetek, wpinek do butonierki, kapeluszy… i tak dalej) nie sposób policzyć. Łatwo się tym zachłysnąć.

Mnóstwo jest wzorów, które mają swoje nazewnictwo i historię, są więc zgodnie z tradycją klasyczne i koszerne nawet dla najbardziej konserwatywnego entuzjasty eleganckiego ubioru. W samych kratkach można się pogubić – czy bardziej odpowiada nam wyrazisty windowpane, czy skomplikowany, ale jednak mniej narzucający się Prince of Wales? A może Prince of Wales z kolorowym windowpane narzuconym na niego? Może coś mniejszego: gun club check, albo pepita? Czy zagra to z koszulą w kratę tattersall? Instynktownie część z nich się nam spodoba i zechcemy wypróbować je na sobie, w połączeniu z innymi, zwłaszcza jak w książce albo na jakimś blogu przeczytamy, że można, jeśli tylko wzory będą różnej wielkości.

Blogi mówią też: „Nie bój się kolorów! Facet nie musi być szary!” – rzucamy się więc na kolory, ufni w mądrość internetowych poradników.

Z zewnątrz wygląda to często nieciekawie. Pstrokacizna i przesada. Jednak tak wydandysiony jegomość wie lepiej – w końcu przeczytał na blogach, jak to się robi, zainspirował się zdjęciami z Pitti, on tu jest specjalistą.

Druga skrajność to powiedzenie „Orły są szare”, albo te słowa Beau Brummella, że prawdziwa elegancja powinna pozostać niezauważona – obecnie czyniące nieeleganckim cokolwiek bardziej formalnego, niż koszula włożona w spodnie. A nie chodzi mi przecież o to, żeby porzucić ładne ciuchy. Raczej: żeby zrobić krok wstecz i przyjrzeć się sobie z zewnątrz.

Bycie ubranym elegancko, formalnie czy zgodnie z zasadami nie oznacza jeszcze bycia ubranym dobrze. Czasem więc warto stonować swoje dandysie zapędy, jeśli celem jest właśnie bycie dobrze ubranym nie tylko w swoich własnych oczach. Ograniczyć paletę kolorystyczną. Postawić na nienarzucające się wzory. Przeprosić się z dżinsami i odłożyć na chwilę do szafy kolorowe chinosy. Znaleźć ten estetyczny środek, gdzie widać, że przykładamy wagę do stroju – ale jednocześnie nie ma w tym przesady.

Ja wiem, to trudne, bo wymaga samokrytycyzmu. I zapewne doświadczenia samodzielnego przejścia przez fazę tej zbyt kolorowej, pozbawionej umiaru fascynacji bogactwem męskiej mody.

O autorze

Szymon Jeziorko

Nazywam się Szymon Jeziorko. Noszę krawaty i kompulsywnie o tym piszę. Więcej...

Bądź w kontakcie

  • W punkt! Bardzo „propsuję” tę wizję, ale to już wiesz 😉
    Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zabrać się za edycję czwartej Gadki Szmatki stanowiącej uzupełnienie tego felietonu.

    • SJ

      Dzięki ;]

  • Powiedzmy sobie szczerze, że te wszystkie szaleństwa mają jeden główny cel – wyróżnić się z tłumu, podkreślić, że nie należy się do korpo-szczurów, dla których garnitur to kajdany. Te zabawy kolorami i wzorami są po to, aby pokazać, że w tym wszystkim może być finezja, polot, chęć życia, po prostu wolność. Niestety często wychodzi z tego gryząca w oczy kakofonia, a przecież rozwiązanie jest proste – kapelusz. Dobry gatunkowo, w prawidłowo dobranym rozmiarze wzbogaca, a w zasadzie – uzupełnia każdą, nawet najprostszą stylizację. Wtedy nie trzeba już żadnych fajerwerków, żadnych cudacznych wariacji na temat. Kapelusze to zapomniana i niedoceniana część bogactwa mody męskiej.

  • Jestem rozerwany.
    Z jednej strony chciałbym powiedzieć – tak, masz rację, umiar jest ważny. To „stonowanie” i spojrzenie na siebie i swój ubiór krytycznie to faktycznie ważna sprawa, to przejaw dojrzałości w ubiorze. To właśnie ona sprawia, że czasami maksimum dandyzmu na jaki sobie pozwalam to biała poszetka do granatowego garniaka i skarpetki w delikatne kropki. Ale tak jak napisałeś – nie każdy to w sobie ma od początku, nawet nie każdy nabywa tę umiejętność kiedy już popełni miliard błędów i przeczyta wszystkie wpisy dotyczące tej „klasycznej” „jedynej słusznej” elegancji.
    Z drugiej strony czuję na sobie trochę Twój każący palec – sam go na siebie wykierowałem. Bo jednocześnie świadomie wybieram często bycie uberdandysem. Wymieszanie kolorów i wzorów, dużej ilości dodatków, akcesoriów. Wymysliłem nawet odpowiednik bycia overdressed w tej sytuacji – overdandied. Dlaczego? Bo to forma autoekspresji.
    Sztuka ubioru jest trochę jak malarstwo. Można nas [fanów dobrego ubioru] pogrupować w jakieś kategorie, ale generalnie każdy ma swój styl i do worka ze sztuką mieści się całkiem sporo. I w tym kontekśćie, czasami lubię być malarzem klasycystycznym, nie udziwniać, ubierać się „just right”. A czasem staję się impresjonistą, przekombinowuję, bawię się formą i obserwuję ku własnej uciesze karcące spojrzenia realistów, którzy pukają się w czoło mówiąc „no chyba trochę przesadziłeś”. I chyba właśnie to cenię sobie najbardziej w decyzji, którą podejmuję stojąc codziennie rano przed szafą – wolność.

    • SJ

      Nie twierdzę, że mam wyłączność na słuszne podejście do kwestii ubioru. Ale im dłużej interesuję się tematem, tym bardziej dostrzegam, że ubranie to tylko ubranie i przesadzone czasem zwraca na siebie większą uwagę, niż powinno.

      Trochę się też ustawiam w kontrze do tego trendu na odważne kolory, wzory i dodatki, bo promuje go już wystarczająco wielu, żebym ja nie musiał ;]

      • Myślę, że właśnie to jest w tym wszystkim piękne – każdy widzi w stroju to, co chce widzieć 🙂

    • Antoni K S

      Mimo wszystko może zdarzyć się tak że fantazja poniesie kogoś zbyt daleko, doprowadzi do wyglądu klauna. Idąc dalej tropem malarskiego porównania należy uważać by ze zrywającego konwenanse awangardowego impresjonizmu nie stać się po prostu kiczowatym jeleniem na rykowisku.

  • Z punktu widzenia obserwatora: granica przesady jest cienka i płynna. Po niektórych mężczyznach po prostu widać, że Tak Bardzo Się Starali oraz Tak Bardzo Chcieli. Wręcz bardziej widać chcecnie niż samą elegancję. A dla mnie elegancja jest przede wszystkim naturalna 🙂

  • Michał Lorek

    Świetnie ujęty temat przesady. Czuć, że nie tylko na podstawie obserwacji innych. 🙂 bardzo dobre.

    • SJ

      Jasne, sam przeszedłem przez tę fazę (i ze zgrozą przypominam sobie ciuchy w których można mnie było zobaczyć na mieście).

  • hun

    W trakcie lektury przypomniała mi się sytuacja sprzed dobrych czterech lat, kiedy w trakcie praktyk protokołowałem rozprawy na sali sądowej.
    Pewnego razu na salę wszedł aplikant. Na pierwszy rzut oka było widać że wierny czytelnik mrvintage/ ś.p. bloga macaroniego/ forum bespoke (buta w butonierce, czy jak tam się to wówczas nazywało):
    przykrótkie bananowe chinosy, niebieskie mokasyny, brak skarpetek, koszula gingham w dzikoczerwoną kratkę, jakaś przesadnie wytaliowana marynarka. Wszystko to zwieńczone fantazyjną poszetką i knitem. Czy ten chłopak był ubrany dobrze? W wątku „cmdns” na wspomnianym forum wzbudziłby zachwyt. Gdyby był blogerem, internetowi „dandysi” piali by z zachwytu. Na sali sądowej reakcją na jego „stylizację” były jednak pobłażliwe uśmieszki kiedy tylko otworzył usta (choć mówił akurat sensownie). Jego ubiór był nieodpowiedni i w tamtych okolicznościach po prostu śmieszny.
    Mam wrażenie że polska blogosfera kształtująca gusta osób zainteresowanych klasyczną modą od początku szła w bardzo dziwnym kierunku. Opierała się na mentorskich wpisach w stylu „Nie bój się kolorów”, „skarpetki różowe albo żadne”, podpartych jakimś bełkotem o sprezzaturze i zdjeciami z Pitti Uomo, że niby „Włosi się tak ubierają”. To wszystko pisane przez ludzi którzy Włochy znali co najwyżej z tygodniowej wycieczki objazdowej. Gdyby było inaczej to blogach pewnie nie brakowałoby zdjęć tych naprawdę dobrze ubranych Włochów (to znaczy np. świetnie ubranych adwokatów z Mediolanu którzy zawsze zakładają skarpetki do garnituru, „nawet” do zamszowych Tod’sów).
    Zamiast nich wzorem dla polskich internetowych elegantów są jakieś przegięte stylizacje z murku we Florencji. Przypomina to trochę jakiś kult cargo oparty na rozumowaniu: „Włosi się świetnie ubierają”-> „Na zdjęciach z Pitti widzimy Włochów”-> „Ci Włosi noszą obcisłe marynarki, kolorowe skarpetki i spodnie do kostek”-> „Jeśli założę obcisłą marynarkę, kolorowe skarpetki i spodnie do kostek będę świetnie ubrany”. Nie o to w tym wszystkim chodzi.
    Skończyło się to tak, że po polskich ulicach chodzi coraz więcej jakichś koślawych wersji blogerów z pitti, a ludzi potrafiących nonszalancko nosić garnitur wciąż jak na lekarstwo.
    Fajnie że część blogerów (jak Szanowny Autor czy Outdersen) z tym zerwała i idzie w stronę minimalizmu. Szkoda jednak że nadal takie zjawiska jak J.Adamski i ekipa dominują i znajdują naśladowców.

  • Greg

    Doskonale napisane. Jestem mniej wiecej „ubiorowym” równolatkiem studenckiej elegancji, jak blog powstał w podobnym czasie zacząłem sie interesować męska elegancją. I mam za soba identyczny okres „błędów i wypaczeń” – kraciaste marynarki, brytyjski styl country, jak buty to tylko GYW i brogsy, poszetki etc. To juz za mną, ale dzieki temu cenie dobrej (naprawde dobrej) jakości białą koszule oxford, granatowe chinosy (dopasowane u krawcowej bo juz wiem jak), kiedy pada to jesienią barbour (ale bez trzyczęściowego garnituru tweedowego, krawata w jelenie i kaszkietu). Malo tego – ostatnio skłaniam sie nawet do zakupu prostych adidasow miejskich – bo… są wygodne? I przy zgranej reszcie, latem podwiniętych rękawach i prostym zegarku na dobrym pasku nie czuje się już w nich „miękki”, jak kiedys dogmatycznie myślałem 🙂

    • Simon

      Moim zdaniem każdy , kto na pewnym etapie swojego życia interesuje się modą i wciąga coraz bardziej dochodzi do takiego punktu krytycznego zbyt wielkiej przesady. Myślę, że zamiast jedynie czytać blogi trzeba brać poprawkę na siebie i swój wygląd, obserwować to co się ubiera i uważać na informację zwrotną. Oczywiście nie chodzi o to, żeby rezygnować z krat, wyrazistszych kolorów i nietypowych dodatków. Po prostu dobierać jeden 2 elementy, żeby to podkreślało ubiór a nie robiło ze mnie klauna z cyrku.