Skoro masz już szafę pełną fajnych rzeczy, trzeba je jakoś utrzymać w dobrym stanie.

Może trafiłeś na jakiś imponujący profil na instagramie pełny butów wypastowanych na lustrzany połysk. Buty same się nie polerują (może z wyjątkiem lakierek, ale umówmy się, że to buty o bardzo ograniczonym zakresie zastosowań), więc trzeba poświęcić trochę czasu, żeby doprowadzić je do takiego stanu. Jest trochę łatwiej, jeśli lustro na butach to nie twoja bajka, ale tak czy siak obuwie wymaga trochę uwagi, choćby żeby utrzymać w dobrej formie skórę cholewek.

Trzeba też prasować koszule. Świeża biała koszula sugeruje, że ma się do czynienia z poukładanym facetem; poza tym jak wyobrażasz sobie zakładanie wymiętej koszuli pod tę twoją piękną kaszmirową marynarkę?

Jeśli mam być szczery, nie cierpię tych rytuałów.

Są niewyobrażalnie nudne, no i zajmują czas. Tu godzina, tam dwie – które przecież mógłbym spędzić robiąc coś bardziej produktywnego, albo przynajmniej przyjemnego. W teorii można znaleźć kogoś, kto cię w tych czynnościach odciąży. Są miejsca – takie jak ShoeShine, o którym pisałem – które zajmą się twoimi butami, wypolerują je ładnie i wyczyszczą. Pralnia w okolicy na pewno poradzi sobie z koszulami.

Ale to rozwiązanie ma kilka wad. Po pierwsze, na dłuższą metę jest drogie. To nie jest duży wydatek, zostawić buty do czyszczenia raz na kilka miesięcy. Ale raz w tygodniu? I to kilka potrzebujących polerowania par?

Po drugie, to wcale nie jest takie wygodne. Minie przynajmniej kilka dni, zanim dostaniesz swoje rzeczy z powrotem, a to znaczy, że przez ten czas będą wyłączone z codziennej rotacji. To pewnie nie jest problem, jeśli twoja garderoba jest odpowiednio przepastna, ale jeśli jak ja raczej wymieniasz rzeczy niż je dodajesz, starając się utrzymać liczbę posiadanych ciuchów w jakichś ogarnialnych granicach, to będzie kłopot.

I kwestia trzecia: nie lubię, kiedy inni zajmują się moimi rzeczami. Wiem, że to strasznie subiektywne i twoje odczucia mogą być tu skrajnie różne. Ale ja chcę, by część moich butów wypolerowana była na lustro, a inne nie. Albo: teraz chcę lustro, ale za tydzień będę wolał matowe wykończenie. Albo: tym razem chcę spróbować ciemniejszą pastą. Koszule lubię mieć wyprasowane z kantem na rękawie – ale nigdy na mankiecie. Kołnierzyk ma się rolować naturalnie, a nie być zaprasowany na płasko. W niektórych koszulach – zwłaszcza denimowych – kołnierzyk i mankiet ledwo muskam żelazkiem, bo podoba mi się ich nieregularna faktura; wtedy czasem rezygnuję też z kantu na rękawie. Przekazywanie komuś tych instrukcji prawdopodobnie ściągnęłoby na mnie trochę spojrzeń ludzi traktujących mnie jak wariata – trudno im się dziwić. Wolę już zrobić to sam.

prasowanie

Niektórzy znajdują przyjemność w tych powtarzalnych czynnościach – są one w jakiś sposób kontemplacyjne. Okrężny ruch dłoni wcierający pastę w skórę; podświadomy już prawie, po tylu razach, ruch ramienia popychającego żelazko – tymczasem umysł jest zupełnie wolny, żeby błądzić gdzieś indziej. Są tacy, dla których to oczekiwana przerwa w stresującym zgiełku codzienności. Jak jednak ustaliliśmy, mnie to potwornie nudzi. Więc wykształciłem sobie kilka mechanizmów obronnych.

Butów nie poleruję wszystkich na raz. Zwykle ograniczam się do jedne lub dwóch par na jedno posiedzenie. Dwie pary to chyba optimum – przy nakładaniu kremów i past trzeba czasem poczekać na ich wyschnięcie, zanim zbierze się nadmiar szczotką i ta przerwa trwa akurat tyle, by powtórzyć wykonane przed chwilą czynności na drugiej parze obuwia.

Koszule prasuję prosto po wyjęciu z pralki, kiedy są jeszcze mocno wilgotne. To pozwala z łatwością pozbyć się wszelkich problematycznych zmarszczeń. Do tego preferuję grubsze i bardziej sprężyste tkaniny: oxfordy czy twille. One nawet nie wyprasowane idealnie wyglądają przyzwoicie; tymczasem cienka i gniotliwa popelina nie wybacza tak łatwo chodzenia na skróty. Świeżo wyprasowane koszule wieszam na wieszaku w pokoju, żeby sobie spokojnie wyschły do rana. Mam ich dość, by przetrwać cały tydzień, więc całe to przedsięwzięcie odbywa się raz w tygodniu. To jakoś da się wcisnąć w grafik.

No i czymś trzeba zająć głowę, gdy wykonuję te niewdzięczne zadania. Netflix nadaje się do tego słabo – wzrok jednak przydaje się do pilnowania, czy aby nie wypalam właśnie żelazkiem dziury w ulubionej koszuli. Zwracam się więc ku podcastom. Audiobooki też nie są pomysłem całkiem od rzeczy. To w zasadzie idealnie komplementarna kombinacja: podcasty i audiobooki dostarczają rozrywki, ale poza słuchem pozostawiają wszystkie zmysły wolne: oczy i ręce gotowe do robienia czego tylko trzeba, o ile nie wymaga to zbyt intensywnego namysłu.

A wy jak sobie radzicie? Macie jakieś sprytne rozwiązania ułatwiające te czynności? Tylko proszę, niech nie brzmią one: „Robi to za mnie moja kobieta”.

pastowanie

O autorze

Szymon Jeziorko

Nazywam się Szymon Jeziorko. Noszę krawaty i kompulsywnie o tym piszę. Więcej...

Bądź w kontakcie