Dobre ubrania to świetna rzecz. Ale czasem traktujemy je z powagą, na jaką zdecydowanie nie zasługują.

Rozumiem i podzielam miłość do dobrych ciuchów. Dotyk miękkiej tkaniny na skórze, przyjemność noszenia dobrze dopasowanego ubrania. Cholera, wydaję na ciuchy zdecydowanie zbyt dużą część zarobionych przeze mnie pieniędzy i tylko odrobinę wstydzę się do tego przyznać.

Ale nie mogę zmusić się do traktowania tego tematu z jakąś szczególną powagą. Bo on po prostu nie jest zbyt ważny. Jest za to przyjemny: stanowi ucieczkę od rzeczy, które mają naprawdę duże znaczenie, ale nie jest jedną z nich.

Otaczam się różnymi ludźmi i zauważam, że to jak się ubierają bardzo rzadko wpływa na to jak do nich podchodzę. I nie oceniam ich za to – dlaczego miałbym? Jeśli mam być całkiem szczery, nie do końca wierzę też w magię pierwszych wrażeń – zbyt wiele razy mnie one zmyliły i zaczyna mi być trudno zliczyć sytuacje, w których zmuszony byłem zweryfikować mój pogląd na jakąś osobę po bliższym jej poznaniu. Ubrania zaś w ogóle nie okazują się narzędziem przydatnym do przewidzenia, jak będę się dogadywał z nowopoznanym człowiekiem.

Moje podejście może mieć związek z faktem, że nie pracuję – ani pracować nie zamierzam – w miejscu, gdzie to jak się prezentujesz może zadecydować o twoim losie. Przeczytałem swego czasu artykuł w Business Insiderze o tym, jak ubierać się pracując w Goldman Sachs. Jeśli choć ułamek z napisanych tam rzeczy jest prawdą, brzmi to jak naprawdę koszmarne miejsce do pracy (nie, że się tego wcześniej nie spodziewałem). To podejście do ubioru, w którym jest on sposobem do zaznaczenia swojej pozycji w hierarchii, zupełnie nie pasuje do niczego, co w dobrym ubieraniu się sprawia mi przyjemność. I pokazuje, swoją drogą, dość spory brak pewności siebie. Po co poddawać się takiej torturze? Uwielbiam czuć się w swoich ubraniach wygodnie, ale tego nie da się zrobić, jeśli ubiór służy zrobieniu wrażenia na innych, podczas gdy owi inni wypatrują cały czas najmniejszej gafy z naszej strony.

Taki nacisk kładziony nawet nie na to, by wyglądać dobrze, ale by wyglądać poprawnie, kompletnie do mnie nie trafia. Z drugiej strony, nigdy też nie rozumiałem czynienia z ubrań jednej z najważniejszych rzeczy, jaka człowieka definiuje.

Dlatego nieszczególnie przemawia do mnie dandyzm. Pewna moja przyjaciółka napisała pracę o historii dandyzmu – niesamowicie ciekawa lektura, nawet jeśli potwierdziła sporo moich przypuszczeń. Weźmy takiego Beau Brummella, którego dwa czy trzy cytaty męczone są do granic wytrzymałości przez menswearowych blogerów zewsząd: w zasadzie całość jego postaci sprowadza się do wyglądania fenomenalnie i bycia błyskotliwym w dobrym towarzystwie. Mógł pozwolić sobie na skupienie wszystkich swoich wysiłków i całej uwagi na tych dwóch rzeczach, bo utrzymywał się z pokaźnej sumy pieniędzy odziedziczonej po ojcu. Po czym, gdy pieniądze mu się skończyły, umarł. Moje życiowe priorytety leżą chyba w nieco innym miejscu, więc niekoniecznie jest to styl życia, do którego aspiruję.

Oczywiście rozumiem, że możliwe jest skupić się na ubraniach niemal kompletnie, czyniąc z nich jedną z najistotniejszych rzeczy w życiu. Ale to nie jest, bądźmy szczerzy, nic uniwersalnego. Dla większości z nas ubrania nigdy nie będą tak naprawdę bardzo ważne.

Ale nie muszą być. Nie wszystko musi być ważne, żeby mieć jakąś wartość i miejsce w życiu. Ubrania są przyjemne, a przyjemności czynią życie łatwiejszym. Są komfortowe, a komfort czyni życie łatwiejszym. I to wystarczy.

Obraz na okładce: Robert de Montesquiou, portret autorstwa Giovanniego Boldini