Jak to z pierwszymi razami bywa, nie bardzo wiadomo, czego się spodziewać.

Pitti Uomo 91 to pierwsze, na które się wybrałem. To chyba największe targi klasycznej mody męskiej na świecie i w ostatnich latach stały się swego rodzaju Mekką fanów męskiej elegancji. I to właśnie widać na relacjach z Pitti w internecie: tych kolorowo ubranych facetów na placu przed głównym pawilonem, wewnątrz Fortezza da Basso we Florencji. Odkrycie tej estetyki było dla mnie fantastyczne – na smutnych polskich ulicach nie można było czegoś takiego zaobserwować. Szybko jednak przeszła mi fascynacja ciuchami zbyt przesadzonymi, żeby można je było założyć na codzień, zmęczyło mnie obserwowanie wyścigu zbrojeń w składaniu jak najbardziej wyróżniających się strojów, które zwrócą uwagę jakiegoś fotografa i zapewnią miejsce w jednej z rozlicznych fotorelacji pojawiających się w sieci po każdej edycji targów.

Czas był zatem najwyższy, żeby samemu wybrać się do Florencji i zobaczyć, jak to wszystko wygląda. Starałem się podejść do tej imprezy bez żadnych (albo przynajmniej bez wielu) uprzedzeń. W drugim tygodniu stycznia wsiadłem więc do samolotu i poleciałem do Włoch.

Łukasz Masłowski z bloga Outdersen był mi trochę przewodnikiem. To była już piąta edycja, na której się pojawił, wiedział więc jak sprawnie dostać się do miasta i po nim poruszać; powiedział mi także, jak zorganizowane są same targi i gdzie znajduje się press room z darmową kawą i wifi, dwoma rzeczami, bez których życie jest niemożliwe.

Z Łukaszem i Mikołajem z Blue Loafers – Tres Amigos

Do miasta dotarliśmy we wtorek wieczorem, i tylko przeszliśmy się zaskakująco pustymi ulicami Florencji. Było dość chłodno, przynajmniej jak na lokalne standardy – ja dopiero przyleciałem z Krakowa, który pożegnał mnie minus dwudziestoma, więc nie narzekałem szczególnie. Na targi zawitałem więc dopiero drugiego dnia ich trwania, we środę.

To prawda, co mówią, że ten placyk na którym robione jest większość zdjęć jest mały. Naprawdę jest, a do tego w większości zastawiony był dziwną instalacją mającą nawiązywać do tematu przewodniego tej edycji: Pitti Dance-off. Instalacja składała się z mopów i rękawic poruszających się rytmicznie, ale bez szczególnego związku z ryczącą z głośników muzyką.

Tak to wyglądało z dystansu – na Pitti bardzo przydatnego

Placyk był pełen ludzi; nietrudno było wypatrzyć trochę osób znanych z popularnych profili instagramowych. Co istotne, oczywiście, to ciuchy: niektóre zestawy były fantastyczne, inne kiczowate; część była stonowana i elegancka, zrobiona i wykończona ręcznie ze znakomitych materiałów, część ewidentnie nie miała być założona więcej niż kilka razy. Był gość z przytwierdzonymi do klap monetami 1 Euro; był wysoki facet w czarnych spodniach do połowy łydki i jasnoczerwonej ramonesce. Ale widać także było piękne trzyczęściowe garnitury, fantastyczne ulstery; znakomite tkaniny, kroje, proporcje, detale. Zdjęcia jakie widzicie w sieci zawsze stanowią tylko wąski wycinek wszystkiego, co tam jest do zobaczenia; nie ufajcie im za bardzo.

Oto kilka zdjęć naprawdę dobrze ubranych gości, których zestawy wyglądałyby świetnie nawet poza murami Fortezzy. Różnorodność była tam jednak na tyle duża, że przez jakiś czas rozważałem wybranie zdjęć tak, żebym wyszedł na najlepiej ubranego faceta na imprezie. Zdecydowałem jednak, że raczej tego nie zrobię.

Kolejna rzecz, która okazała się prawdziwa: dużo pozowania. Te telefony przyklejone do uszu, część z nich na pewno wyłączona, część tylko prawdopodobnie. Ludzie palący papierosy i zatrzymujący się na kilka sekund w najbardziej fotogenicznym momencie bucha.

Trochę się z tego nabijam, ale gdy jesteś na tym placyku, łatwo podłapujesz tę atmosferę. Muszę przyznać, że kiedy tylko byłem na zewnątrz gadając z kimś, miałem nadzieję, że i mnie ktoś obfoci – w końcu mój płaszcz był taki wspaniały! I zauważyłem, że zwracam dużo większą uwagę na to, czy mój krawat wygląda jak trzeba, albo który profil mojej twarzy wygląda lepiej (odpowiedź: żaden). No i jasne, jeśli sterczysz tam dostatecznie długo, ktoś cię ustrzeli. W końcu. Prawdopodobnie.

Zostałem poproszony o zapozowanie do zdjęć przez te dziewczyny – nie miałem pojęcia kim są, a one nie miały pojęcia kim ja jestem. Ale pozują do zdjęć nieskończenie lepiej niż ja.

Ale czułem się w tym tłumie dziwnie i niezbyt dobrze bawiłem się stojąc tam. Ludzie dookoła bardzo chętnie pozowali do zdjęć z każdym, kto o to poprosił, ale prawie niewykonalnym było nawiązanie jakiejś rozmowy (zwłaszcza, jeśli small-talk z obcymi ludźmi idzie ci tak mizernie jak mnie).

Wolałem więc spędzać czas w halach wystawowych. Świat wewnątrz nich był zupełnie inny. Zwłaszcza dla mnie: rzeczy, które w Polsce są niedostępne, żeby je pooglądać i podotykać, były tu na wyciągnięcie ręki. Mogłem z bliska przyglądać się cudownemu ręcznemu wykończeniu marynarek Orazio Luciano; ślinić się nad pięknymi miękkimi zamszowymi chukka Crockett&Jones; przymierzyć ręcznie wykonany kapelusz z miękkiego filcu i zorientować się, że jest to ten jeden na milion, w którym nie wyglądam jak idiota (“Jest fantastyczny! Czy sprzedaje Pan je online?” “Niestety nie”). Wystawcy bardzo chętnie też udzielali mi wszelkich informacji, o jakie zapytałem – i to już nawet po mojej nieodmiennie rozczarowującej odpowiedzi na ich “Więc gdzie znajduje się Pana sklep?”.

Co gubi się w internetowych relacjach z Pitti, to fakt, że to nie jest parada modowych pawi. To nie jest zlot dandysów. A przynajmniej nie tylko. To są targi – tam się robi interesy. Wewnątrz hal wystawowych ludzie spodziewają się jednak spotkać potencjalnych partnerów biznesowych; odzwierciedla to też nierzadko ich strój, bardziej stonowany i klasyczny niż na zewnątrz; w końcu to nie on jest tu w centrum uwagi. Poza tym Pitti to dobra okazja, żeby spotkać się ze znajomymi dzielącymi twoje zainteresowanie stylem, a którzy na codzień mieszkają w zupełnie innych częściach globu niż ty. Jedno i drugie to ważne aspekty imprezy, o których nie dowiesz się z galerii Najlepszych 86 Przykładów Mody Ulicznej z Drugiego Dnia Pitti. To, co jest de facto efektem ubocznym popularności targów, dla wielu stało się ich osią i wypaczyło to chyba nieco obraz całego wydarzenia.

Czego również nie zobaczycie online: miasta. Jest cudowne, piękne i urocze. Pełne świetnego jedzenia, kawy i wina podawanych w knajpach, których bezpretensjonalność stanowi interesujący kontrast wobec tego, co czasem można zaobserwować wewnątrz murów Fortezza da Basso. Chciałbym mieć więcej czasu na zwiedzanie Florencji – idealnie byłoby przylecieć tam kilka dni wcześniej, albo zostać kilka dni dłużej. Ale nawet w trakcie targów to miasto daje znakomitą możliwość spotkania się z fajnymi ludźmi w innym niż targi otoczeniu, przy butelce wina i świetnej pizzy (nie miałem pojęcia, że zwykła Margherita może smakować tak dobrze!). Nic dziwnego, że wiele regularnie dowiedzających Pitti osób do Fortezzy wpada tylko na chwilę, zamiast tego umawiając się w mniejszych grupach na mieście. Dla mnie też jednym z przyjemniejszych momentów tej wycieczki było usłyszenie, że wyglądam molto elegante od właściciela kawiarni, w której przesiadywali w zasadzie wyłącznie lokalsi.

Karol Rzeszutko, krawiec z Poznania, z żoną Anną – Pitti to dobre miejsce do poznawania ludzi.

To ciekawe doświadczenie, przekonać się na własnej skórze o co w tym wszystkim w końcu chodzi. A chodzi o dużo więcej, niż siedzenie na murku i pozowanie do zdjęć z celebrytami z instagrama. Mam nadzieję, że uda mi się wybrać na jakieś przyszłe edycje – wydaje mi się, że zostało mi jeszcze sporo do odkrycia.

Zdjęcie tytułowe: Mikołaj Pawełczak. Zdjęcia w tekście: Łukasz (Outdersen) i Patrycja (Patiness).

O autorze

Szymon Jeziorko

Nazywam się Szymon Jeziorko. Noszę krawaty i kompulsywnie o tym piszę. Więcej...

Bądź w kontakcie