Mówi się, że moda się zmienia, a styl pozostaje, jakby były to dwie zwalczające się siły. Nie są.

Pośród entuzjastów klasycznej męskiej elegancji istnieje pogląd, jakoby elegancja ta rządziła się pewnymi niewzruszonymi prawami. W odróżnieniu od kapryśnej mody, klasyczny styl jest niezmienny.

Rozumiem, skąd atrakcyjność takiego podziału. Świat mody jest chaotyczny i nadążanie za nim mogłoby być spokojnie pełnoetatowym zajęciem. Szybko zmieniające się trendy budzą pragnienie posiadania nowych rzeczy, każąc ci porzucać te, które już masz. To z kolei odbija się na jakości ubrań, jakie kupujesz – nie muszą być nie do zdarcia, jeśli i tak niebawem się z nimi rozstaniesz. Zaś ciągły pęd do tworzenia czegoś nowego i oryginalnego prowadzi do powstawania ciuchów, których zastosowanie zaczyna i kończy się na wybiegu.

Idea niezmiennego klasycznego stylu tworzy przekonującą alternatywę: jakość przedkłada się tu ponad ilość, ceni tradycję tak w stylistyce jak i rzemiośle, a ograniczony zbiór sztywnych reguł jest łatwiejszy do przyswojenia, niż ciągły napływ modnych nowości. I oto zainteresowanie ubraniami przestaje być oznaką próżności i płytkości; staje się niemal antropologicznym wyzwaniem odkrywania i utrzymania przy życiu tradycji przekazywanych sobie przez kolejne pokolenia mężczyzn.

Wydawałoby się, że te dwa podejścia do kwestii ubioru są pozbawione punktów wspólnych. Jest jednak inaczej: stanowią one dwa ekstrema leżące na przeciwnych końcach jednego spektrum. Jak to z ekstremami bywa, ignorują one lub odrzucają mnóstwo ciekawych rzeczy leżących gdzieś bliżej środka.

Weźmy kilka z tych klasycznych zasad uświęconych dekadami tradycji i okaże się, że nie są one wcale takie niezmienne. Swoje życie zaczęły jako jakieś estetyczne preferencje albo trendy w pewnym okresie historycznym, do rangi praw zaś wyniesione zostały przez nadgorliwych entuzjastów elegancji. Na pewno je znasz: czarny garnitur nosi się tylko po zmroku lub na pogrzeb; rękaw marynarki powinien odsłaniać 1,5cm mankietu koszuli; no brown in town albo no brown after six, czyli brąz nie jest kolorem odpowiednim do miasta albo na wieczór; i tak dalej. Ten fantastyczny wątek na forum Cutter and Tailor rozprawia się z nimi szczegółowo, podając historyczne źródła stojące z nimi w sprzeczności.

Nie powinno to nikogo dziwić: jeśli spojrzysz na ilustracje, a później zdjęcia klasycznie ubranych mężczyzn z różnych dekad, na pewno zauważysz wiele różnic. Jeśli założyłbyś teraz garnitur z początku XX wieku, wyglądałoby to, jakbyś ukradł ulubione ubranie z szafy swojego prapradziadka (zakładając, że przeżyło ono obie wojny). Jeśli klasyczny styl rzeczywiście rządziłby się niezmiennymi i niemal wiecznymi prawami, ten problem by nie istniał. Jednak krój, konstrukcja czy wybór tkanin dyktowane są przez modę i zmieniają się w czasie. To, co dziś stanowi konserwatywną klasykę – garnitur czy nawet smoking – jeszcze jakiś czas temu było modną nowością. I nie ma powodu sądzić, że gdzieś w pierwszej połowie XX wieku męska elegancja osiągnęła formę swojego platońskiego ideału.

Najlepsi projektanci i rzemieślnicy zajmujący się klasycznymi męskimi ubraniami to wiedzą – i także dostosowują się do trendów. Nie tak, jak producenci fast-fashion; wprowadzają zmiany raczej na drodze ewolucji. Trendy żyją tu przez lata i skupiają się na subtelnych zmianach – szerokości klapy, wysokości kozerki, długości marynarki; miększej lub sztywniejszej konstrukcji; kroju bliższego ciału lub odwrotnie. To jednak także jest moda, a te detale są szalenie ważne jeśli ubranie ma wyglądać współcześnie, a nie jak kostium do odgrywania scenek rekonstrukcji historycznej.

Nie zrozum mnie źle – nie namawiam do wyrzucenia wszystkich twoich garniturów na śmietnik i kupienia tego, co jakiś projektant ogłosi modnym w tym tygodniu. Nie za każdą modą warto podążać – niektóre są śmieszne, wymuszone, aktualne zbyt krótko. Radzę tylko: miej własne zdanie. Ubieranie się zgodnie z niektórymi trendami, które ci pasują nie uczyni z ciebie przebierańca – za to ślepe trzymanie się pozornie wiecznych reguł może.

Ilustracja w nagłówku wpisu: Style Book of Windsor Clothing company, jesień 1934 – zima 1935

O autorze

Szymon Jeziorko

Nazywam się Szymon Jeziorko. Noszę krawaty i kompulsywnie o tym piszę. Więcej...

Bądź w kontakcie

  • Mateusz

    Konstruktywny i bardzo potrzebny tekst. Czasami mam wrażenie, że elegancki ubiór w niektórych kręgach urasta do miana religii, a każde od niej odstępstwo karano by najchętniej posłaniem delikwenta na stos.

  • Paweł Sieczkowski

    Panie Szymonie, tekst oczywiście trafny i prawdziwy, natomiast chciałem przy okazji pogratulować stylu – wpisu tego, jak i poprzednich. Miło przeczytać w sieci tekst napisany tak bardzo „po polsku”, w dobrym tego słowa znaczeniu.

    • SJ

      Bardzo miło mi przeczytać taki komentarz 🙂 Dziękuję.

  • Ludwig

    Ewolucja – to słowo klucz. Niby historia lubi zataczać koło, ale nie wydaje mi się, by w klasycznej modzie męskiej nastąpił powrót do ciężkich konstrukcji, bardzo szerokich nogawek, wąskich klap czy trzyguzikowych marynarek.
    Interesuje mnie to, jak będą kształtować się trendy za kilkanaście lat, bo – szczerze mówiąc – wątpię w to, by nagle przestały mi się podobać pięciocentymetrowe mankiety, długie wyłogi kołnierzyków, szerokie klapy czy zakładki.

  • Wojciech

    Panie Szymonie, pytanie trochę z innej beczki. Z bloga wnioskuję, że jest Pan z Krakowa. W związku z powyższym mam następujące pytanie: Czy można gdzieś w Krakowie kupić w sklepie stacjonarnym dobre buty ? (Panu nie trzeba definiować co mam na myśli :)) Zastanawiam się czy naprawdę pozostaje tylko opcja podróży do Warszawy lub Gdańska…

    Dziękuję i pozdrawiam

    • SJ

      Nie ma dużego wyboru w kwestii stacjonarnych sklepów z buami. Jest sklep Allen Edmonds na Sławkowskiej (a przynajmniej był przez jakiś czas); z tańszej półki przyzwoitych butów prawie nie idzie znaleźć.

  • Dzięki za ten wpis, zdecydowanie się zgadzam! Klasyka jest fajna, ale muszę przyznać, że po prostu mnie nudzi. Dlatego bardzo lubię do czegoś ponadczasowego zakładać to, co w danym sezonie jest modne, np. w ostatnim czasie mam obsesję na punkcie kabaretek. Moda jest fajna, kiedy można się nią ze smakiem bawić 🙂