Od wieków ubrania przekazywały informację o tym, jak dobrze ci się powodzi. Albo pomagały ci udawać, że tak jest.

Dużo mówi się o tym, jak garnitur potrafi odmienić noszącego, nadając mu bardziej męskiego wyglądu i tworząc pożądaną, mocną sylwetkę. Ale autorzy rozmaitych poradników dotyczących ubioru nierzadko skupiają się także na innych aspektach: ubrania, które nosisz mogą pomagać ci kreować wizerunek osoby pewnej siebie, podkreślać autorytet, czy pokazywać, że odnosisz w życiu sukcesy. Odpowiednie podejście pozwala ubraniami sprzedać taki komunikat, jaki chcesz i zapewnić ci przewagę w różnych interakcjach społecznych.

To jest też idea – albo przynajmniej jedna z tych idei – stojąca za symbolami statusu. Poza tym, że przekazują one wiadomość „Hej, mam dużo kasy. Fajnie, nie?”, mają one podkreślić, że jesteś na wyższej pozycji – i przekazywać to od razu, na pierwszy rzut oka.

Rozumiem tego urok. I tak jesteś cały czas oceniany na podstawie najbardziej nawet błahych rzeczy; czemu niby nie dołożyć starań, by ta ocena była jak najbardziej korzystna?

Cały czas na pewno istnieją środowiska, w których takie podejście święci triumfy, albo pociągnięte jest do granic. Ten artykuł, na przykład, to lista wskazówek, jak ubierać się jak bankier inwestycyjny. I chociaż może być on w połowie żartobliwy, zakłada to też, że w połowie jest na poważnie. Skłonny jestem uwierzyć, że są miejsca, w których to, co masz na sobie musi być dostatecznie jawnie luksusowe, żeby w ogóle potraktowano cię serio. Tak samo jak wiem, że słynna scena z wizytówkami z American Psycho to wytwór fikcji, a jednak nie mam oporów przed uznaniem, że mogą istnieć miejsca, gdzie takim rzeczom poświęcia się nieadekwatnie dużo uwagi i traktuje je z niezasłużoną powagą.

Więc fakt, że takie miejsca stają się coraz mniej liczne stanowi dla mnie pewną ulgę.

Tendencja do tego, by odformalizować codzienny ubiór jest łatwo widoczna wszędzie dookoła. Można się kłócić, czy przypadkiem miarowe garnitury nie zostały jako symbole statusu zdetronizowane przez drogi streetwear – ale nie jestem do takiej tezy przekonany. Jeśli już, będzie to symbol czytelny dla stosunkowo niewielkiej grupy, a nie powszechnie rozpoznawalny.

To oznacza, że ludzie ubierający się elegancko coraz częściej będą to robić nie z obowiązku, czy chęci imponowania innym, a raczej z własnej nieprzymuszonej woli. Więc i ten ubiór będzie rzadziej odczytywany, jako oznaka pozycji społecznej. Pomaga w tym fakt, że naprawdę drogie, szyte na miarę i ręcznie wykonane garnitury nie są tak naprawdę łatwe do odróżnienia od konfekcji przez kogoś, kto się tematem nie interesuje. Ręcznie wykonana butonierka milanese jest zdecydowanie bardziej dyskretna, niż napis ‚Rolex’ na tarczy zegarka.

Bardzo podoba mi się ten aspekt eleganckich ubrań. Mogą pozostać dyskretne. Tradycja ukrywania logo czy nazwy producenta oznacza, że tylko inni ludzie znający się na rzeczy będą w stanie choćby oszacować koszt tego, co masz na sobie; dla większości innych, garnitur to będzie po prostu garnitur.