Nie zawsze wszystko wychodzi tak, jakby człowiek tego chciał. I nie zawsze udaje się znaleźć satysfakcjonujące rozwiązanie powstałych po drodze problemów.

Sytuacja jest cokolwiek niezręczna i niełatwo mi o niej pisać. Nie spieszyłem się z tym postem – czekał na napisanie i publikację kilka tygodni, bo zależało mi na nabraniu odpowiedniego dystansu do sprawy, możliwości spojrzenia na nią na chłodno i spokojnie. Pisanie o czymś takim na gorąco i pod wpływem emocji nie służy raczej nikomu.

Zaczęło się, gdy pracownik poznańskiej firmy Miler zaproponował mi nieodpłatne odszycie garnituru w systemie MTM w ramach przetestowania usługi. Po kilku rozmowach umówiliśmy się na termin mojej wizyty w Poznaniu celem złożenia zamówienia i zebrania miary. Punktem wyjścia miał być znany chyba wszystkim garnitur Phoenix, służący za przymiarkowy. W marynarce zadecydowaliśmy o kilku zmianach: miała być na 2,5 a nie 2 guziki, bez podszewki; ramiona pozbawione miały zostać wypełnień, rękaw nieznacznie zwężony (zwłaszcza od ramienia do łokcia), a pacha spłycona. Wybrałem materiał: granatowy hopsack z tkalni Standeven, będący mieszanką wełny i moheru.

Do tego momentu wszystko było OK. Problemy zaczęły się, gdy dostarczono mi gotowy garnitur, gdzieś w pierwszej połowie grudnia. Spodnie i kamizelka wyszły bardzo fajnie i zgodnie z niemal wszystkimi moimi życzeniami (a było ich sporo). Marynarka natomiast została odszyta kompletnie nieprawidłowo. Najmniejszym z jej problemów był fason na 3 zamiast 2,5 guzika (czyli: wszystkie dziurki obszyte były po zewnętrznej stronie, a klapy rolowały się do górnej, a nie środkowej dziurki). Dużo większym – skrajnie wąski rękaw utrudniający nawet zgięcie ręki w łokciu i u wylotu niewiele szerszy od mankietu koszuli, oraz pacha jeszcze głębsza niż w przymiarkowym Phoeniksie. Oprócz tego na wysokości klatki piersiowej pojawiły się dziwne fałdy. Niestety nie dysponuję zdjęciami szczególnie wysokiej jakości, więc za poglądowe wystarczyć będą musiały te poniższe, przedstawiające marynarkę w momencie jej odbioru:

Skontaktowałem się z pracownikiem firmy Miler, z którym umawiałem to zamówienie, opisując błędy i załączając zdjęcia – wyrażając przy okazji opinię, że problemy są poza zasięgiem poprawek. Usłyszałem, że marynarka najprawdopodobniej zostanie odszyta na nowo, tę mam natomiast zapakować i wręczyć kurierowi. Marynarka wróciła do mnie w styczniu. Piszę “wróciła”, bowiem był to ten sam egzemplarz, w którym szwalnia spróbowała jednak poprawki wprowadzić. Polegały one na poszerzeniu rękawa w bicepsie i łokciu (zostawiając bardzo wąski wylot), wszyciu półpodszewki, oraz umieszczeniu w ramionach poduszek. Jak nietrudno się domyślić, rozwiązanie to uznałem za nieszczególnie satysfakcjonujące i ponownie skontaktowałem się firmą. Ponownie zamówiono kuriera po odbiór nieszczęsnej marynarki oraz zapewniono mnie, że tym razem zostanie ona odszyta na nowo.

Czekałem na wieści. Na pytanie: “Co dalej?” usłyszałem, że sprawa czeka na ostateczną decyzję ze strony właściciela, Tomasza Milera. Po prawie dwóch tygodniach od odesłania marynarki postanowiłem więc skontaktować się z Tomaszem bezpośrednio, żeby wypracować jakieś rozwiązanie. Tomasz przyznał, że marynarka rzeczywiście nie nadaje się do poprawek. Odszycie nowej nastąpiłoby, gdyby było to zamówienie od zwykłego klienta, który zapłacił za garnitur MTM pełną cenę; w tym przypadku jednak Tomasz nie chce ponosić kosztów sprowadzenia dodatkowego materiału i odszycia, zaproponował mi zatem, bym zatrzymał spodnie i kamizelkę, a sprawę puścił w niepamięć – czyli po prostu nie pisał o niej.

Uznałem, że propozycja jest nie do przyjęcia; moja sugestia, że mogę na przykład zapłacić za materiał, nie spotkała się z kolei z żadną odpowiedzią. Nie przedstawiono mi żadnej innej opcji, która doprowadziłaby do finalizacji zamówienia, zamiast tego usłyszałem, że jest to problem wynikły z winy pracowników umawiających zamówienie i zbierających miarę czy wczesnego etapu współpracy ze szwalnią. Ostatecznie Tomasz stwierdził, że był przekonany, że garnitur szyty jest do stylizacji, a nie recenzji, bowiem na recenzję nigdy by nie przystał – z zasady. Nie osiągnęliśmy więc porozumienia. Poinformowałem go jedynie, że odeślę pozostałe dwie części zamówionego garnituru, a sytuację opiszę – co też czynię.

Jest jasne, że piszę z innej pozycji, niż zwykły klient, który zapłacił za garnitur. Przyjmuję więc z pełną świadomością, że mogę zostać odebrany jako kapryśny bloger, któremu dają za darmo, a on i tak wybrzydza. Nie będę próbował się usprawiedliwiać – zostawiam ocenę Czytelnikom. To rzekłszy, jest kilka rzeczy, które muszę doprecyzować.

Nie przyjmuję ubrań za darmo “do stylizacji” lub “do sesji”. Indywidualne warunki finansowe współpracy – czyli w praktyce: pełną odpłatność, częściową, lub jej brak – ustalam tylko w przypadku relacji z zamówień miarowych lub zindywidualizowanych. Jest to jasno napisane w polityce reklamowej bloga, która jest dostępna publicznie i która niewątpliwie znana była pracownikowi, z którym warunki tej współpracy ustalałem – bo dyskutowaliśmy o niej kilkakrotnie przy różnych okazjach. Pracownik ów działał zaś – co Tomasz potwierdził – posiadając wszelkie wymagane zgody i upoważnienia. Ponadto, koszule marki Miler, które prezentowałem na blogu, też nie zostały mi przesłane nieodpłatnie – zapłaciłem za nie. Pewnym wyjątkiem jest biała koszula OCBD – przesłana mi, cóż, do recenzji. Odkupiłem ją dopiero po publikacji tekstu.

Taka polityka wynika z faktu, że zamówienie miarowe jest obarczone dużo większym ryzykiem, niż kupno ubrania RTW – i pozwala mi nawiązywać współprace, których efektem są recenzje usług różnych firm i rzemieślników. W przeciwnym wypadku najpewniej trzymałbym się tych, których już znam i sprawdziłem. Jednocześnie nigdy nie ukrywam informacji o warunkach takiej współpracy przed czytelnikami. Wydaje mi się, że dla czytelników stanowi to jakąś korzyść – mogą zobaczyć usługę i produkt w kontekście innym, niż materiały marketingowe firmy, które z samej swej natury są dalsze od obiektywnej informacji.

Skoro zaś mowa o ryzyku, mam świadomość, że w zamówieniu miarowym coś może nie wyjść. Świadomość tę ma każda osoba, która choć otarła się o temat szycia miarowego lub pasowanego. Nie upatruję problemu w tym, że zamówienie nie poszło idealnie i marynarka została źle odszyta. Każdy popełnia błędy – decydujące jest zaś, co firma postanowi dalej z tym błędem zrobić. Oczywistym jest, że w przypadku, gdy garnitur od początku odszyty był nieodpłatnie, koszty naprawy tego błędu dla firmy są większe – stąd moja propozycja pokrycia przynajmniej ich części. Zależało mi na możliwości opisania finalnego produktu i przekonania się, czy jest dobry – niezależnie od problemów powstałych podczas realizacji zamówienia. Nie uzyskałem niestety takiej szansy.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że opisana powyżej sytuacja jest odosobniona. Ostatecznie produkty RTW marki Miler, które posiadam, są dobre lub bardzo dobre. Nie mam zastrzeżeń do obsługi ze strony pracowników. A to zamówienie, choć w założeniu będące symulacją normalnego zamówienia MTM, jednak różni się od tego, co spotka przeciętnego klienta płacącego za usługę pełną cenę. Nie jest moim celem więc oczernianie marki; po prawdzie, szczerze wolałbym sprawę zamknąć raz na zawsze i do niej nie wracać. Wydaje mi się jednak, że czytelnicy zasługują po prostu na informację z mojej strony – fundamentalnie nieuczciwym wydaje mi się odstąpienie od recenzji usługi w sytuacji, gdy tylko coś po drodze pójdzie nie tak. Wtedy rzeczywiście niewiele różniłaby się ona od materiału promocyjnego firmy.

Ocena należy, rzecz jasna, do Was.

O autorze

Szymon Jeziorko

Nazywam się Szymon Jeziorko. Noszę krawaty i kompulsywnie o tym piszę. Więcej...

Bądź w kontakcie