Garnitur może być nieformalny, może też być lekki – i to całkiem niezłe ubranie na letni dzień w mieście.

Nie ma tu nic wymyślnego. Garnitur uszyty z mieszanki bawełny i lnu w drobną beżowo-brązową pepitkę. Miękka konstrukcja, gniotący się na potęgę materiał – jak już pisałem, czyni to garnitur mało oficjalnym, i nawet kieszenie bez patek tego nie zmienią.

Ten garnitur to jedna z niewielu posiadanych przeze mnie rzeczy, które wygladają zdecydowanie lepiej z niebieską niż białą koszulą. Zwykle wybór koszuli podyktowany jest tym, na co akurat mam ochotę – tu jednak błękit dodaje trochę życia. Kolor garnituru jest dość neutralny – by nie rzec nijaki – i biała koszula mu nie pomaga.

Koszula to lniany button-down, co jeszcze obniża formalność zestawu. Bez krawata – kołnierzyk tu ma niestety zbyt krótkie skrzydełka, by wyglądać dobrze z krawatem.

Reszta akcesoriów: jest biała lniana poszetka z granatowym brzegiem. Są na niej wyhaftowane moje inicjały. Myślę, że nie chciałbym ich na koszuli, ale na poszetce – czemu nie; w końcu są tam głównie dla mnie. Nikt inny ich nie zobaczy.

Rzadko noszę obecnie spodnie z paskiem. Zwykle są to dżinsy – no i para od tego garnituru. Zakładam wtedy prawie zawsze ten pleciony skórzany pasek.

I okulary – moje sprawdzone Moscoty. Model Miltzen – jeden z najstarszych projektów firmy. Klasyka.

Na nogach para jasnobrązowych penny loafers. Sądzę, że sprawdzają się lepiej w tym przypadku, niż sznurowane buty.

Garnitur, koszula i pasek – Massimo Dutti // poszetka – Poszetka.com // loafersy – Partenope // okulary przeciwsłoneczne – Moscot

Zdjęcia: Jakub Płoszaj