Fajne ciuchy często traktowane są jako element stylu życia zbudowanego wokół bogactwa, sukcesu, fizycznej sprawności i luksusu.

Co mi nieco przeszkadza – nie mam pewności, czy o to słowo dokładnie mi chodzi, ale trzymajmy się go na razie – to że coraz częściej wydaje się to być domyślny sposób patrzenia na te rzeczy. Ludzie widzący cię w dobrze dopasowanej marynarce spodziewają się, że i pozostałe rzeczy z tej listy stawiasz wysoko w hierarchii swoich wartości. Niektórzy nawet powiedzą ci, co dokładnie robisz źle, nie wpasowując się w standardy takiego stylu życia.

Jestem pewien, że mnie zdarza się to częściej niż przeciętnemu entuzjaście ładnych ciuchów – w końcu piszę bloga i bombarduję soszal media zdjęciami przedstawiającymi mnie, moje ubrania, mnie, moje buty i mnie. Ludzie czują się uprawnieni do dzielenia się swoimi myślami na ten temat i to naturalne – mnie za to daje to wgląd w te myśli. Nie mam zamiaru robić tutaj teraz przedstawienia pod tytułem Urażone ego blogera; raczej chciałbym zasugerować nieśmiało, że pewne rzeczy, które wydają się nierozerwalnie związane z ładnymi szmatkami wcale takimi nie są.

Z pewną regularnością na przykład różni komentatorzy (jednak nieodmiennie mężczyźni!) zwracają mi uwagę, że ciuchy mam fajne, ale przydałoby się skoczyć na siłkę i poprzerzucać trochę żelaza. Skoro dbam o swój wygląd, winienem zadbać również o bicka i klatę; sześciopak pod koszulą jest po prostu naturalnym kolejnym krokiem, czyż nie tak dyktuje logika?

Dużo nacisku kładzie się na wygląd pomijając ubrania. Nie mówię tu o higienie osobistej czy takich podstawach; raczej: nie możesz sobie po prostu lubić marynarek i koszul, musisz jednocześnie pilnować, by nie być do nich zbyt chudym albo zbyt grubym – inaczej lubisz je źle. Musisz też zachowywać się w pewien sposób – ubrania na przykład są narzędziami pomagającymi ci budować pewność siebie, tworzyć wizerunek kogoś ambitnego, dynamicznego, sięgającego po sukces i pieniądze; lubienie ciuchów dla samych ciuchów nie jest widocznie wystarczająco męskie.

Media też nie pomagają, zapętlając się w kształtowaniu coraz to bardziej nierealnego obrazu prawdziwego mężczyzny – tego jak powinien wyglądać, jakie mieć aspiracje i w ogóle jakie kryteria powinien spełnić, żeby w ogóle być cokolwiek warty. A my to kupujemy, pozwalamy temu sztucznemu obrazowi rządzić naszym życiem i mówić nam, czego chcemy. A co najgorsze, posuwamy się do krytykowania i ostracyzowania ludzi, którzy nie chcą podążać taką drogą; zwłaszcza jeśli wybierają sobie kilka rzeczy uznanych powszechnie za atrybuty tego nieistniejącego idealnego mężczyzny i czerpią z nich przyjemność, mając gdzieś całą resztę.

Nie róbmy tak może. Pozwólmy ludziom ubrać się dobrze i powstrzymajmy chęć stwierdzenia na ich widok, że jeszcze lepiej by wyglądali, gdyby zgubili trochę tego brzucha. Nie uznawajmy, że każdy musi wyglądać jak ten koleś w kabrio a zdjęciu powyżej; nie uznawajmy, że każdy by chciał.

Po prostu cieszmy się fajnymi rzeczami bez bycia bucami.