Ta para butów do recenzji dotarła do mnie w grudniu ubiegłego roku. Po niemal roku użytkowania, chyba czas najwyższy podzielić się wrażeniami.

Buty zostały przekazane mi do recenzji nieodpłatnie. Zgodnie z moją polityką reklamową, zostaną przekazane na zbiórkę odzieży używanej. Treść tej recenzji nie była konsultowana z firmą Paul Evans przed publikacją.

Paul Evans New York nie jest szczególnie znaną w Polsce marką. A zatem kilka słów o nich – ten młody amerykański brand sprzedaje buty produkowane w Neapolu. Piszą o sobie, że chcą namieszać nieco w tradycyjnym rynku obuwniczym, oferując produkt bezpośrednio klientowi, z pominięciem wielu kosztów związanych z prowadzeniem tradycyjnej marki i systemu sprzedaży.

Brzmi to wszystko bardzo fajnie, ale to co nas wszystkich zapewne interesuje, to jak ich produkt wypada na tle tego, co mamy dostępne w Polsce?

Zacznijmy od początku. Skórzana podeszwa przyszyta jest do cholewki szwem Blake. Cholewka zaś jest ręcznie patynowana. Patrząc po zdjęciach w sklepie internetowym, ich kopyta wydają się nieco spłaszczone, ale w rzeczywistości nie jest to aż tak widoczne – co starałem się pokazać na moich zdjęciach. Ja otrzymałem do recenzji model Brando semi-brogue – kształt jest całkiem klasyczny, z zaokrąglonym noskiem.

Podczas korespondencji z obsługą Paul Evans powiedziałem, że noszę zwykle buty w rozmiarze UK 8 – otrzymałem zaś 7,5. Przylegają więc do stopy dość ściśle i nie narzekałbym na nieco więcej miejsca – nadal jednak są całkiem wygodne. Konstrukcja Blake jest miękka, nie wymaga zbyt dużo w kwestii rozchodzenia, zatem nosi się te buty po prostu przyjemnie.

Ręczne patynowanie podoba mi się bardzo, nieregularności w kolorze cholewki to śliczna rzecz, która każdą parę czyni nieco inną.

Wszystkie szwy są też równe i dokładne, nic nie jest krzywe albo niestaranne. To kompetentnie wykonane buty.

I naprawdę chciałbym je tu polecić… gdyby nie cena. Za równowartość $399 (czyli jakieś 1500 złotych), a nawet mniej, w Polsce można kupić buty zwyczajnie dużo lepsze.

Poniżej tego progu dostępne są Yanko, Carlos Santos czy Loake, mniej więcej tyle właśnie kosztują buty Löf & Tung, niewiele więcej – Carmina. Przy takiej konkurencji zakup butów Paul Evans nie wydaje się być zbyt rozsądnym posunięciem – chyba, że akurat idealnie trafiają w twoje estetyczne preferencje.

Dlaczego tak uważam? Po pierwsze, wszystkie powyższe marki stosują konstrukcję Goodyear Welted, podczas gdy Paul Evans – Blake. To nie aż tak ważne, jak mogłoby się wydawać, generalnie jednak GYW jest droższą i bardziej skomplikowaną metodą mocowania podeszwy do cholewki – i zwykle też trwalszą.

Po drugie – i chyba najważniejsze – skóra. W porównaniu z moimi Yankami albo Carlosami, skóra w Paulach Evansach jest cienka i łatwo się marszczy w nieestetyczny sposób. O ile podoba mi się ręczna patyna, o tyle to samo oferuje Carlos Santos, a ich skóry są grubsze, bardziej mięsiste i lepiej się starzeją. Najbliższe pod względem skóry Paulom Evansom buty jakie posiadałem to kupione lata temu za ułamek ceny PE derby z Gino Rossi.

Brakuje też pewnych smaczków w wykończeniu – na przykład ząbkowanych brzegów czy ładniejszego brogowania (zwykle pomiędzy dużymi otworami we wzorze brogue są mniejsze, ak na tym zdjęciu, tu ich nie ma).

To już subiektywne, ale nie zbyt podoba mi się kopyto tych butów. Wolę moje bardziej smukłe i agresywne Yanki, albo bardziej kształtne, klasyczne i proporcjonalne Loake. To jednak kwestia osobistych preferencji. Inna subiektywna rzecz: bardzo przeszkadza mi głośne stukanie obcasów tych butów.

Nie znam dobrze amerykańskiego rynku obuwniczego. Może tam Paul Evans oferuje dobry stosunek jakości do ceny, jeśli konkurencja w USA ma do zaproponowania rzeczy jeszcze droższe, na podobnym poziomie jakości. Tu jednak, przy dużym wyborze świetnych europejskich marek, ich cena wydaje się nieuzasadniona. Nie to, że ich nie lubię – ale nie na tyle, żeby zapłacić za nie czterysta dolarów.