Nie umiem traktować ciuchów jako symbolu statusu. Ubieram się ładnie, ale nadal mieszkam na wynajętych dwudziestu metrach, do pracy jeżdżę tramwajem i dawno nie byłem na wakacjach. Nie jestem Człowiekem Sukcesu, który ten sukces ilustruje garniturami na miarę.

Przez długi czas tym, co pociągało mnie w eleganckich ciuchach była estetyka. Kolory, tekstury, kształty – to wszystko jest bardzo przyjemne. Wyglądam w tych ubraniach dobrze i dobrze się czuję patrząc wtedy na siebie. Po prostu lubię, jak wyglądają dokładnie tak jak chcę – stąd paranoiczne przywiązanie do detali i przyglądanie się szczegółom rzemiosła.

Ale to już nie działa. To znaczy – nadal to doceniam, nadal czuję się w tych ubraniach lepiej niż w bluzie z kapturem czy koszuli z H&M. Ale priorytety mi się trochę zmieniły. Przyzwyczaiłem się do tych ciuchów na tyle, że stały się nieusuwalną częścią mojego stylu i poniekąd… tożsamości? Są oswojone – i przez to komfortowe. Więc się tego trzymam. Chyba tego potrzebuję.

Pewnie znasz to uczucie. Jestem tego niemal pewien – każdy z nas ma coś, co jest moje. Co daje poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Reszta – elegancja, styl, status – jest tu incydentalne, jest dodatkiem. To uczucie można mieć leżąc we własnym łóżku, budząc się w środku nocy tylko po to, żeby zorientować się, że jeszcze nie trzeba wstawać. To może być przyjemne ciepło ognia w kominku, albo ulubiona piosenka. I nie ma znaczenia, czy to znakomity utwór wypełniony techniczną maestrią, czy kawałek z płyty, którą uwielbiałeś gdy miałeś szesnaście lat, ale teraz wiesz, że jest raczej kiepska – wciąż do niej wracasz. To może być cokolwiek – ciężko to wytłumaczyć. Ciężko przekonać kogokolwiek, że to jest najlepsza rzecz na świecie. Ale dla ciebie jest.

Ciężko o tym pisać. Żaden ze mnie Marcel Proust – jestem tylko kolesiem z blogiem i brak mi narzędzi do zamiany tych emocji w dobry kawałek tekstu. To więc musi wystarczyć. Może przy odrobinie dobrej woli zrozumiesz o co mi chodzi. A jeśli nie – trudno, nie będę się tym zadręczał. Trzeba znać swoje ograniczenia.

Dochodzi jeszcze do tego jeden problem – pisanie o czymś, co stało się tak intymne wydaje się jeszcze bardziej ekshibicjonistyczne niż, cóż, prowadzenie bloga o ciuchach. I dużo bardziej pretensjonalne, na litość boską, a ja nie cierpię pretensjonalnej grafomanii.

Stoję więc twarzą w twarz z następującym problemem: o czym mam tu pisać? Nie wiem jeszcze. Są sesje zdjęciowe i recenzje, oczywiście; nie zamierzam też wracać do absolutnych podstaw i tłumaczyć jak dobrać krawat do koszuli, albo które buty sytuują się na szczycie drabiny formalności. Przecież wiesz już te rzeczy. A jeśli nie – miejsc, gdzie zostało to napisane jest więcej niż to konieczne.

Dam znać, jeśli coś wymyślę.