Rzeczy wysokiej jakości wytrzymują dłuższą eksploatację, więc kupując je ostatecznie będziesz kupował mniej. Ta, jasne.

W komentarzach pod moim ostatnim wpisem ktoś zasugerował, żebym publikował więcej recenzji. W końcu na pewno „co miesiąc, dwa” kupuję lub zamawiam nowe ciuchy i materiału nie braknie.

Być może jakiś czas temu tak właśnie było. Każdy zakup niósł za sobą kolejne pomysły na kolejne rzeczy, z którymi można zestawić tę nową. By uwolnić drzemiący w niej potencjał, stworzyć nowe interesujące kombinacje i zestawy. Kolejna granatowa marynarka albo brązowe broguesy były wystarczająco inne od tych już przeze mnie posiadanych, żeby uzasadnić ich kupno – i to nie przestało być prawdą. Granatowa marynarka z garniturowej wełny Super 120s jest czymś zupełnie innym od lekkiej granatowej marynarki z hopsacku i jeszcze czymś innym niż granatowa marynarka z miękkiej flaneli.

Problem polega na tym, że to się nigdy nie kończy.

Ta różnorodność jest fajna, a ciuchy sprawiają mi dużą przyjemność. To dla mnie w gruncie rzeczy forma eskapizmu, a każda nowa rzecz oraz estetyczne możliwości jakie daje to małe święto. Niezbyt długo wierzyłem w tę mądrość, mówiącą, że dobrej jakości ciuchy to inwestycja i wręcz oszczędność, bo wytrwają dużo dłużej niż taniocha. To tak oczywiście nie działa, bo z czasem chce się więcej. Kolejną parę butów, które, owszem, przeżyją lata – ale przecież na jednej parze się nie skończy.

Ale i eskapizm ma swoje granice. Coraz trudniej jest mi udawać, że nie widzę co stoi za tą moją prostą przyjemnością. A stoją rzeczy niezbyt przyjemne: od niezasłużonego poczucia wyższości i snobizmu w menswearowym światku, po horror globalnego rynku mody. Nie będę się tu wdawał w szczegóły, bo ten krótki wpis szybko zamieniłby się w pisaną z obłędem w oczach wielostronicową diatrybę – a to, że tak powiem, nie jest look w którym wyglądam dobrze.

Zauważyłem jednak w związku z tym, że moja chęć posiadania nowych rzeczy mocno przygasła; dochodzę wręcz do wniosku, że to co mam to już za dużo. Mam ciuchy, które noszę, ale na tyle rzadko, że ich brak w ogóle by mi nie doskwierał. Mam takie, które zakładam częściej, ale poradziłbym sobie bez nich bez niewielkiego nawet dyskomfortu.

Mam sześć garniturów. To nie brzmi jak bardzo dużo, nie? Ale gdybym miał cztery, niewiele by się zmieniło. Owszem, może moje codzienne zestawy byłyby nieco mniej zróżnicowane. Jedyny negatywny efekt jaki widzę, to wpływ na bloga. Trzeba w końcu czasem zrobić jakąś sesję i tu wrzucić i jednak lepiej jeśli nie jest to ciągle ten sam zestaw. Ale czy naprawdę chcę zbierać w moim niewielkim mieszkaniu coraz więcej rzeczy, żeby stanąć w nich przed obiektywem i pochwalić się w internecie? To by było trochę śmieszne, prawda?

Od kilku miesięcy nie kupiłem żadnych nowych ubrań. No dobra, okej, mam nową parę butów do biegania; moje loafersy czy broguesy słabo nadają się do jakiejś większej aktywności fizycznej niż podbiegnięcie do tramwaju. Ale nie mam praktycznie nic nowego, co mógłbym tu zrecenzować, poza tym co czeka już na chłodniejszy okres, ale leży u mnie od miesięcy. I pasuje mi to, nie mam poczucia, że coś tracę.

Mam poważne wątpliwości dotyczące tego, czy ten blog ma wpływ na czyjekolwiek życie poza moim, ale wypadałoby zauważyć, że miejsca takie jak to przykładają się do nakręcania ludzi, by więcej kupowali. Pojedynczy blogger czy influencer raczej niekoniecznie powinien brać na siebie całą odpowiedzialność za ten stan rzeczy, ale jesteśmy częścią systemu wmawiającego wam, czytelnikom, żeby więcej konsumować, kupować, mieć. Nie wytwarzamy niczego poza niezaspokojonym głodem.

Nie twierdzę, że powinieneś, drogi Czytelniku, porzucić swoje zamiłowanie do ładnych marynarek i koszul z royal oxfordu, kupować tylko używane ciuchy, albo w ogóle ograniczyć się do dwóch par spodni i czterech tiszertów, przyjąć minimalistyczną estetykę, być zen i codziennie oddawać się transcendentalnej medytacji, albowiem tam leży Prawdziwe Poznanie i Zrozumienie Wszechświata. Miej rzeczy, które masz. Lub je. Jasne, kup coś nowego jeśli chcesz, twój indywidualny wybór i tak nie zbawi świata. Wyluzuj. To tylko ciuchy. Zastanów się tylko, czy naprawdę potrzebujesz ich aż tyle.