Od niedawna z zaciekawieniem przyglądam się zupełnie innej niż zwykle działce mody – techwearowi. Nie martwcie się jednak, to nadal jest blog skupiony głównie na klasycznej modzie męskiej.

Odkąd przeczytałem w GQ profil Errolsona Hugh, założyciela i projektanta niszowej techwearowej marki Acronym, wiedziałem, że będę chciał o tym napisać. Nie zmieniam profilu bloga, nie zacznę tu nagle występować w bojówkach, ale wydaje mi się, że warto czasem wyjrzeć poza duszny, mały światek klasycznego menswearu. Nawet jeśli potrwa to tylko kilka minut.

Dla kogoś przyzwyczajonego do marynarek i krawatów, miejskiego techwear może wydawać się nieco… śmieszny. Estetyka cyberpunkowego nindży znajduje się gdzieś na przeciwnym końcu spektrum, którego jednym biegunem będzie obraz mężczyzny w zachowawczym garniturze. Ale im bardziej zagłębiam się w ten temat, tym więcej znajduję zaskakujących podobieństw.

Zacznijmy od najbardziej palącego pytania – czym jest ten nieszczęsny techwear? Łatka ta nie posiada jakiejś ścisłej definicji, ale w większości oznaczać będzie mariaż technicznych, odpornych na warunki atmosferyczne tkanin i utylitarnego designu. Prawdopodobnie jest wam to znane z ubrań outdoorowych i sportowych – buty i kurtki do łażenia po górach, na przykład, gdzie dobrze jest się przygotować na kaprysy pogody, nosząc rzeczy, które stawią im czoła, a jednocześnie będą lekkie i wygodne.

Acronym podchodzi podobnie do ubrań miejskich. W końcu w mieście też może złapać cię deszcz. Można uprawiać w mieście sport. Nosić ze sobą dużo rzeczy, które warto mieć pod ręką i mieć do nich łatwy dostęp. Więc wodo- i wiatroodporne, ale oddychające tkaniny znajdują tu zastosowanie w ubraniach zaprojektowanych z myślą o wysokiej funkcjonalności i wygodzie.

Oczywiście nie wszystkie marki techwearowe radzą sobie tak dobrze. Jak wszędzie – są dobre i złe przykłady. Istnieje morze tańszych marek produkujących ubrania inspirowane taką estetyką, ale stawiające na przesadzony design i niezbyt wysokiej jakości materiały. Nie o tym chcę tu pisać jednak i dlatego koncentruję się na Acronymie, jako dość jednoznacznie dobrym reprezentancie tego nurtu.

Wspomniana wcześniej funkcjonalność bardzo mi imponuje. Gdy przegląda się zdjęcia ich kurtki J1A-GT, uderzające jest to, że każdy jej element spełnia jakąś rolę. Niewielki pasek magnetyczny trzymający słuchawki. Kieszeń w rękawie, dzięki której telefon może szybko i prawie magicznie pojawić się w dłoni. Suwak z boku pozwalający na schowanie torby pod zewnętrzną warstwą wodoodpornego materiału kurtki, gdyby zaczęło padać. Szelka, na której można przewiesić kurtkę zamiast trzymać ją w ręce, jeśli zechce się ją zdjąć. To proste pomysły zrealizowane przy pomocy sprytnego designu, a nie futurystycznej technologii, ale działają i to wystarczy. To już jest całkiem innowacyjne w zastanym światku mody. A dyskusja o projektowaniu kieszeni w zalinkowanym wcześniej artykule GQ była dla mnie fascynującą lekturą.

Tutaj widzę pewien punkt wspólny między techwearem a klasyczną modą męską – czy też tym, czym klasyczna moda męska była. Wiele można znaleźć artykułów opisujących bardzo utylitarne początki wielu rozwiązań stosowanych w klasycznym menswearze. Mnóstwo łatwo dostępnych kieszeni to najprostszy przykład. Ale rozważmy tu trencz – bardzo przecież klasyczny rodzaj płaszcza przeciwdeszczowego. Uszyty z gęstej gabardyny, której włókna pęcznieją w reakcji na wilgoć, by ograniczyć przenikanie jej do środka; klapa materiału na prawym ramieniu, która zasłania zapięte poły płaszcza, by strużki wody nie dostawały się do wewnątrz; umieszczone pod kątem i zapinane kieszenie; i tak dalej. Wiele jest podobnie funkcjonalnych ubrań o wojskowym pochodzeniu, jak choćby kurtki militarne czy safari; albo pas pozwalający na łatwą regulację obwodu w spodniach gurkha.

Jednak z czasem wiele z tych funkcjonalnych detali straciło na znaczeniu i stało się wyłącznie dekoracją. Na przykład butonierka jest już takim organem szczątkowym, albo guziki na rękawach marynarki. To co mnie ciekawi w techwearze to wskrzeszenie tego utylitarnego myślenia o ubraniach – ale już bez bagażu tradycyjnej estetyki. Co prawdopodobnie wychodzi wszystkim na dobre. Próba dodania nowych funkcjonalnych detali do klasycznej marynarki wygląda zwykle – jeśli nie zawsze – jak zbędne udziwnianie.

Kolejne zaskakujące podobieństwo to podejście do produkcji. Ubrania z metką Acronym są zaporowo drogie – ale ponieważ marka praktycznie nie ma budżetu reklamowego ani fizycznych sklepów, wygląda na to, że cena wynika przede wszystkim z użycia drogich, pełnych patentów tkanin i niedużej skali produkcji. Te rzeczy są na przykład krojone ręcznie – coś, co zdarza się również u marek zajmujących się klasycznym menswearem z wysokiej półki, a przekłada się na cenę produktu.

Jest jeszcze parę rzeczy, które spowodowały, że zachciało mi się zagłębić nieco w temat. Errolson Hugh wydaje się zwracać szczególną uwagę na stan rynku mody. Marki fast-fashion zalewają rynek taniochą, która kończy na wysypiskach śmieci po jednym sezonie, zużywa mnóstwo cennych surowców w procesie produkcyjnym i stanowi ogromne obciążenie dla środowiska naturalnego. Jak to obejść? Tak samo jak przerzucenie się na szycie miarowe zamiast nosić ciuchy z H&M, tworzenie i noszenie takich ubrań, jakie robi Hugh nie daje satysfakcjonującej odpowiedzi. Dla większości ludzi ta ścieżka pozostaje niedostępna, a jak twórca Acronyma sam zauważył podczas sesji AMA w serwisie reddit – „Najlepsze dla środowiska są ubrania, które już istnieją” – nie zaś ciągła produkcja czegoś nowego. Miło widzieć jednak, że jest w tej branży ktoś, kto próbuje podchodzić do tego problemu serio.

Prawdopodobnie jestem bardziej podatny na dziwne pomysły niż przeciętny entuzjasta klasycznych ubrań – od jakiegoś czasu już próbuję się zdystansować od jakiegoś spójnego lifestyle’u wiążącego się z garniturami. Interesuje mnie tu głównie estetyka – nie ma zaś żadnych powodów, żeby zamykać się tylko w jednym estetycznym paradygmacie. Przyznam więc bez bicia, że w techwearowych ciuchach jest coś po prostu cool.

Nie trafi to do wszystkich, czego mam pełną świadomość. Ale zawsze lubiłem wiedzieć chociaż trochę o rzeczach spoza mojej wąskiej działki. Na zewnątrz jest sporo naprawdę ciekawych pomysłów. Czemu miałbym im się czasem nie przyjrzeć?